Marchew

5 grudnia

Dziś rano stanąłem przed lustrem w sypialni ubrany w najcieplejszą bieliznę narciarską i grube skarpety. Włosy miałem starannie i zupełnie niepotrzebnie wyszczotkowane, zaś na twarzy wyraz niecierpliwej radości. Na łóżku leżało przygotowane to długie, pomarańczowe coś, w które zamierzałem się ubrać. Podniosłem to i… no właśnie, zadziwiające, jak trudno założyć na siebie coś, co nie ma rękawów, ani w ogóle niczego, przez co można przecisnąć głowę, ręce czy nogi, a co jednocześnie ubiera wszystkie części ciała. Jakże irytujące jest istnienie paska wewnątrz zamiast na zewnątrz odzieży. Mocno się napracowałem zanim zaciągnąłem suwak i zacisnąłem ostatni zatrzask. Poszukałem wzrokiem swojego odbicia w lustrze i aż oniemiałem z zachwytu: w mojej sypialni stała olbrzymia marchew, czyli ja, a cały pokój, każdy sprzęt stał mi się nagle obcy. Poczułem dumę, że tak szybko udało mi się wczuć w osobowość marchwi. Niestety już po chwili zorientowałem się, na czym polegało złudzenie. Otóż pomiędzy wałkowatymi, poprzecznymi zgrubieniami kostiumu znajdują się małe, podłużne, pomarańczowe okienka. Po prostu widziałem wszystko na pomarańczowo, nic więcej. Ledwo przełknąłem to rozczarowanie, dał znać o sobie następny problem. Zachciało mi się sikać. Mój kostium nie ma żadnego otworu, więc musiałem się z niego kompletnie wyłuskać. Skomplikowana sprawa. Sikając zastanawiałem się, co zrobię, gdy zachce mi się na jarmarku. Nie mam najmniejszej ochoty rozbierać się do bielizny w publicznej toalecie. Postanowiłem od dziś unikać moczopędnych napojów. Tym niemniej wyobraziłem sobie, co by to było, gdyby istniał jakiś rozporek i wizja marchewki wystawiającej swojego pisiora bardzo mnie rozśmieszyła.

Od dziś będę się każdego dnia na parę godzin przeistaczał w wielką marchewkę. Będę łaził po świątecznym jarmarku, będę obserwował ludzi i ich reakcje. Nie wiem jeszcze, czy będę aktywnie szukał kontaktu. Dlaczego marchewka? Co ma wspólnego marchewka z Bożym Narodzeniem? Nic, zupełnie nic. Właśnie dlatego wybrałem to przebranie. Mam nadzieję, że dzięki temu nie będę zwracał na siebie uwagi dzieci rozglądających się za świętym Mikołajem i jego pomocnikami. Dzieci mnie nie interesują. Poza tym kostium, który wybrałem zasłania mnie całkowicie i nie wymaga ode mnie żadnych aktorskich umiejętności.

 

***

 

6 grudnia

Czy to nie idiotyczne? Przez cały rok niczego mi nie brakuje. A potem przychodzi grudzień, gdzie spojrzeć kiczowate świąteczne dekoracje, w każdym sklepie grają amerykańskie i niemieckie kolędy, wszędzie pachnie grzanym winem i piernikami, a ja wieczorami zaczynam płakać w poduszkę. Za czym? Dlaczego? Chciałabym może cofnąć czas i znów wieść życie rodzinne? Za nic! Robi mi się niedobrze, gdy tylko o tym pomyślę. Nie istniałam wtedy jako indywiduum, jako odrębna istota. O, nie! Spełniłam swój obowiązek. Piekłam z dziećmi tony ciasteczek, wycinałam gwiazdki, kleiłam ozdóbki na choinkę: pełne pudła stoją do dziś na strychu. Biegałam po sklepach w poszukiwaniu prezentów i co roku wyczarowywałam „najpiękniejsze na świecie święta”. Teraz jestem nareszcie wyzwolona. Dzieci mieszkają w innych miastach i obchodzą własne Wigilie, a mój mąż parę lat temu założył niechcący nową rodzinę i uwolnił mnie od swojego towarzystwa. Zaczęłam wtedy żyć własnym życiem. Podoba mi się. Mam ciekawą pracę, nieźle zarabiam, a pieniądze wolno mi wydawać na samą siebie. Mam przyjaciół gdy ich potrzebuję, a gdy chcę być sama, jestem sama, bo z nikim nie dzielę mieszkania.

Dlaczego więc, gdy budzę się w grudniu, zanim jeszcze uświadomię sobie kim jestem i gdzie się znajduję, ogarnia mnie tak wielki, wielki smutek?

 

***

 

7 grudnia

Uff! To było trudniejsze, niż się spodziewałem. No i oczywiście problemy, z którymi przyszło mi się borykać, były całkiem inne, niż te, na które się nastawiłem. Ani nie marzłem, ani nie chciało mi się sikać. Dzieci nie zwracały na mnie uwagi poza pojedynczymi okrzykami „popatrz, mamo, marchewka!” Czasem też jakiś dorosły mówił do innego dorosłego: „popatrz, marchewka!” Kto by pomyślał, że przez cale trzy godziny, które spędziłem na bazarze nikomu na mój widok nie wpadło do głowy nic innego, jak tylko: „popatrz, marchewka!”

Nawet wtedy, gdy kogoś potrącałem, słyszałem jedynie: „popatrz, marchewka!”, jeśli potracony miał towarzystwo;  jeśli potrącałem pojedynczych przechodniów, nie słyszałem nic. Oczywiście nie potrącałem ludzi specjalnie, tylko dlatego, i to był mój drugi problem, że prawie nic nie widziałem. Te malutkie pomarańczowe okienka, przez które i tak mało co widać, zaparowują od mojego oddechu. Dopiero w domu odkryłem ustnik, coś w rodzaju szyjki od butelki, przez który mógłbym wdychać powietrze z zewnątrz i na zewnątrz je wydychać. To nie jest całkiem proste, choć przy odrobinie cierpliwości mógłbym się przestawić na takie oddychanie. Kłopot jednak w tym, że odstęp pomiędzy okienkami, a ustnikiem nie odpowiada mojej anatomii, jest większy niż odległość między moimi oczami a moimi ustami. Mam więc do wyboru: albo nie widzieć nic, bo szybki są zaparowane, albo dlatego, że przed oczami mam jedynie ciemną podszewkę kostiumu. Mógłbym oczywiście wdychać na ślepo, powstrzymując oddech wyglądać przez okienka i znów ślepo wydychać. Obawiam się jednak, że taka gimnastyka zaabsorbowałaby całą moją uwagę i nie mógłbym robić tego, co jest celem całej imprezy, mianowicie dać się inspirować otoczeniu.

Jeśli mam być szczery, straciłem rozpęd. Może powinienem zrezygnować z tego eksperymentu i pewnie zrezygnowałbym, gdyby to tylko ode mnie samego zależało. Co za sknera ze mnie, że zamiast samemu finansować tę maskaradę, namawiać do tego mojego wydawcę! Ach, ileż wesołych i wzruszających historyjek obiecywałem, jakże bogaty plon miał zbierać mój marchwiarz. A teraz słyszę tylko: „popatrz, marchewka!” i nie potrafię nawet opisać dziecka, które dokonało tego odkrycia. No cóż, pójdę jeszcze parę razy na jarmark, a ciekawą i wzruszającą historyjkę wymyślę potem sam, bez inspiracji.

 

 

***

 

8 grudnia

Wiem, co powinnam zrobić. Zamiast poddawać się nieokreślonym depresjom, stawię czoła rzeczywistości. Pójdę dziś wieczorem na bazar świąteczny i zacznę nurzać się w tradycji: nakupuję drogich i niepotrzebnych ozdóbek, obeżrę się cynamonowymi racuchami, wrzucę hojne datki do każdej puszki na rzecz głodujących zwierząt cyrkowych i nasłucham się najprzeróżniejszych wariacji „Cichej nocy”. Ale przede wszystkim będę się przyglądała ludziom, mamom szarpanym przez zasmarkane i niezadowolone szkraby i znudzonym parom udającym świąteczną radość.

Tak. Tak właśnie zrobię.

 

 

***

 

9 grudnia

Czy to, co się dziś zdarzyło, to już TO? To, na co czekałem? Epizod, który mi będzie osnową, na której utkam wzruszającą świąteczną opowieść? Trudno powiedzieć. Może mój entuzjazm jest przesadzony, bo nie chcę, żeby pierwszy tydzień moich poszukiwań zakończył się zupełnym fiaskiem, wnioskiem, że widok olbrzymiej marchwi na świątecznym jarmarku pobudza jedynie do stwierdzenia: „popatrz, marchewka!”?

A więc dziś wreszcie coś się wydarzyło. Nie mam jeszcze pomysłu, jak to literacko wykorzystać… chociaż… Teraz, gdy to piszę, zaczyna mi się coś roić. Mógłbym tę scenę wziąć jako punkt wyjściowy opowieści, w której nie marchwiarz, człowiek w kostiumie, byłby bohaterem, tylko sama marchew, olbrzymie anonimowe warzywo, któremu zwierzają się przypadkowi przechodnie. Coś w rodzaju konfesjonału, albo bezpłatnego terapeuty, krótkie wyznania mógłbym wytrząsnąć sobie z rękawa, coś do śmiechu, coś do płaczu.

No, dobrze. Najważniejsze, że nie drepcę w miejscu. Dziś byłem już całkiem zrezygnowany. Łażąc godzinami wśród tego pozbawionego wyobraźni tłumu, myślałem o tym, że są to moi potencjalni czytelnicy, bezmyślnie konsumujący zarówno grzańca i pierniki jak i zapach igliwia, kolorowe światełka, nastrojową muzykę i widok przerośniętej marchwi, jakby to wszystko było jednolitą papką, mogącą zaspokoić głód bez łaskotania zmysłów. A jeśli w szale zakupów nabędą i moją książkę, pochłoną jej tekst w podobny sposób, dopchają kiełbaską z rusztu, popiją piwem i pozostaną tacy, jacy byli przedtem.

Po pierwszym dniu, gdy wróciłem zawiedziony do domu, stanąłem przed lustrem i zacząłem wypróbowywać różne pozy, które wydawały mi się dziwne lub komiczne w wykonaniu marchwi. Wtedy jeszcze zakładałem, że mój wygląd będzie robił wrażenie. Wreszcie zrozumiałem, że spacerująca po bożonarodzeniowym bazarze olbrzymia marchew sama w sobie jest i dziwna i komiczna, więc reakcja albo brak reakcji zależała nie ode mnie, tylko od moich obserwatorów.

Siedziałem na jakiejś drewnianej skrzynce w pobliżu kiosku z grzanym winem. Wyglądałem oczywiście prześmiesznie, wiedziałem o tym, gdyż była to jedna z wystudiowanych przed lustrem póz. Oczywiście słyszałem jedynie: „popatrz, marchewka!”, nawet nie: „popatrz, siedząca marchewka!”. Widziałem stąd obie strony stoiska: frontową, gdzie sprzedawano wino i tylną. Od frontu jarzyły się lampki, pachniało cynamonem i goździkami; na zapleczu kłębiły się węże jakichś rurek i kabli, piętrzyły się worki wypchane zużytymi plastikowymi kubkami. Z przodu pito w wesołym towarzystwie, z tyłu siusiano w pojedynkę.

Nie od razu zauważyłem tę kobietę, dopiero gdy oderwała się od wielkiej beczki poznałem po jej niepewnym kroku, że musiała stać tam i pić już od dłuższego czasu. Przechodząc koło mnie zatoczyła się lekko, a ja nie zdążyłem cofnąć stóp, a raczej koniuszka korzonka. Kobieta potknęła się, złapała jednak zaraz równowagę, lecz zamiast pójść dalej, stanęła, i lekko się chwiejąc zaczęła mi się przyglądać. Nie widziałem jej twarzy, jak już wspomniałem, prawie nic nie widzę, nie wiedziałem więc, jakie zrobiłem na niej wrażenie. Niecierpliwie czekałem, aż się odezwie, gdyż była pierwszą osobą, która poświęciła mi więcej niż trzy sekundy uwagi.

- Popatrz, marchewka! – wybełkotała wreszcie i nie będę ukrywał, poczułem się tym zawiedziony. Potem jednak kobieta ruszyła z miejsca, znów potknęła się o mój korzonek i tym razem wylądowała mi na kolanach. To było przynajmniej coś nowego!

- Biedna marchewka – powiedziała i objęła mnie – to nie jest miejsce dla ciebie. To jest bazar bożonarodzeniowy. Tylko dla rodzin. Twoje miejsce jest w ziemi. Albo w garnku. Moje też – i zaczęła łkać.

Nic nie mówiłem, tylko zacząłem się kiwać łagodnie, żeby w ten sposób wyrazić jej swoje współczucie. Może mnie zrozumiała, może nie, w każdym razie przestała płakać i przytuliła się do mnie. Następnie wstała, podeszła do budki i wróciła z parującym kubkiem. Znów usiadła na moich kolanach.

- Trzymamy ze sobą, marchewko – powiedziała i pociągnęła głęboki łyk – nawet jak nie pjjszsz… pjjszsz… – poświstywała z wyraźną przyjemnością – gszszńca nie pjjszsz… ty i ja jesteśmy rozbitkami na tym tu oceanie – wskazała dookoła, szerokim lukiem rozlewając wino. – A co to? – zdziwiła się przechylając kubek – pusty! Wypiłś mi gszszńca?

Nagle poczułem na wargach jej palec, który w poszukiwaniu straconego wina wetknęła w ustnik. Potem powiedziała, że musi siusiu i ruszyła w stronę zaplecza kiosku. Zrobiło mi się jej żal, więc metodą popychania i zagradzania jej drogi doprowadziłem ją do toalet.

 

***

 

9 grudnia

No i na co mi to było? W swojej bezgranicznej naiwności spodziewałam się po tym eksperymencie jasnego wyniku: nastrój świątecznego zamieszania na bazarze miał mnie ostatecznie zbrzydzić i pokazać, jakie szczęśliwe mam życie; albo miałam pogodzić się z tym, że jestem zwierzęciem stadno-rodzinnym i zabrać się za poszukiwanie odpowiedniego osobnika płci przeciwnej.

Do żadnych wniosków nie doszłam, nie odkryłam drogi na przyszłość. A fakt, że teraz czuje się jeszcze gorzej niż przedtem bierze się stąd, że opiłam się słodkim winem, zaklajstrowałam sobie żołądek pieczonymi jabłkami i tłustymi racuchami, a na zakończenie ryczałam na kolanach jakiejś obcej marchwi.

Och, zapomnieć to jak najprędzej!

 

***

 

10 grudnia

Jest już późno. Jestem potwornie zmęczony. Najchętniej padłbym na łóżko jak stoję, bez zdejmowania kostiumu, ale muszę go zdjąć, żeby móc pisać, a codzienny zapisek w dzienniku należy do mojego programu. Tylko trzymając się tego, co sobie postanawiam, mogę dojść do celów, jakie sobie wytyczam. Zrozumiałem już przed laty, że tylko, gdy z żelazną dyscypliną trzymam się własnych reguł, mogę prowadzić wolne i niezależne życie. To nie jest paradoks. Jeśli jakaś zasada okaże się niezdatna, czy niemądra, wolno mi ją zmienić, ale zanim to nastąpi, muszę się jej ściśle trzymać. To nie ma nic wspólnego z pedanterią ani z brakiem fantazji. Ponieważ sam jeden jestem za siebie odpowiedzialny, nie wolno mi być pobłażliwym, inaczej mógłbym upaść i już się nie pozbierać.

Tak więc siedzę tu i piszę, choć nie mam dziś nic do zakomunikowania. No, obowiązek spełniony. Dobranoc.

 

***

 

10 grudnia

No tak, moje wystąpienie na bazarze było żenujące. Zwykle tak się nie zachowuję. Dokładnie rzecz biorąc od czasów młodości ani razu tak się nie zachowałam ani publicznie ani nawet prywatnie. Czy ktoś mnie widział, rozpoznał? Właściwie powinno mi to być obojętne, nawet gdyby mnie ktoś zobaczył i rozpoznał nie pociągnęłoby to konsekwencji ani towarzyskich ani zawodowych. Poczucie wstydu jest więc bezsensowne, jeśli sama rozgrzeszam swoje zachowanie. Rozgrzeszam, czy gorszę się? Mam sobie przyrzec, że to się już nigdy nie powtórzy? Nie muszę. To nie mój repertuar, nie powtórzy się bez obietnic. Tym niemniej to się jednak wydarzyło i to nie bez przyczyny. Przyczyną było niezadowolenie z siebie i ze swojego życia. Całymi latami zamykałam na to oczy. To nie było trudne, prowadziłam nudne i komfortowe życie bez wzlotów i upadków. Moje wystąpienie na świątecznym bazarze wprowadziło dysonans w te struktury. Czy powinnam pójść do psychoanalityka? Bez przesady. Mimo to chętnie obgadałabym z kimś przyjaznym wszystko, co mi zalega w zakamarkach duszy. Muszę o tym pomyśleć.

 

***

 

11 grudnia

Dziś fotografowali się ze mną japończycy. Jeden po drugim, cały autokar. Każdy miał na głowie czerwoną czapkę świętego Mikołaja, a na szyi zawieszone serce z piernika. Chyba myśleli, że marchew należy do europejskich świątecznych symboli. Nie odzywali się do mnie, rozmawiali tylko między sobą i oczywiście po japońsku, ale założę się, że informowali jeden drugiego: „popatrz, marchewka!”.

Właśnie gdy tak stałem otoczony japończykami, zobaczyłem przechodzącą tę kobietę. Tę samą, co parę dni temu. Chyba powinienem nadać jej jakieś imię. Dlaczego? Bo mam poczucie, że to ona jest moją inspiracją, na coś więcej i tak nie mam co liczyć. Ona też mnie zauważyła. Oczywiście trudno mnie nie zauważyć, nie to miałem na myśli. Ona zareagowała na mój widok, czyli, że pamiętała nasze tête a tête. Zatrzymała się na sekundę, spojrzała na mnie i poszła dalej. Gdybym był sam, na pewno by mnie zagadnęła. Mój instynkt literacki mówi mi, że pomysł z marchwią – terapeutką jest dobry. Ta kobieta nosi w sobie jakąś historie. Musze ją zdobyć.

 

***

 

11 grudnia

Dlaczego znów poszłam na bazar? Zrozumiałam to, gdy ujrzałam marchew. Nie powodował mną rozsądek. Podświadomie pragnęłam się jakoś zrehabilitować, zachowywać się poprawnie, nie upijać się i tak dalej. Chciałam pokazać, że mam dobre maniery. Ale komu? Ludziom odwiedzającym bazar? Nawet nie wiem, czy to są codziennie ci sami. Właścicielom straganów, szafarzom trunków? Czy może marchwiarzowi? Łaziłam tędy i owędy, niczego nie kupowałam, niczego nie jadłam i przede wszystkim niczego nie piłam. Na parkingu bazaru stał autokar, a tuż przy nim w burzy fleszów fotografowali się japończycy z ogromną marchwią. W tym samym momencie, gdy tylko ujrzałam marchew, ogarnął mnie taki wstyd, że aż mnie zemdliło. Czy on mnie rozpoznał? Właściwie, co mnie to obchodzi? Po pierwsze to wcale nie musiał być ten sam marchwiarz, przez cały wieczór ciągle natykałam się na jakąś marchew. Po drugie: ktoś, kto musi zarabiać w ten sposób, nie należy do „lepszego towarzystwa”, moje zachowanie na pewno go nie zgorszyło. Zresztą – co mnie to obchodzi?

Nie, właściwie nie wiem, po co znów poszłam na bazar…

 

 

***

 

12 grudnia

We wczorajszej notatce coś przemilczałem. Otóż ta kobieta uciekała przede mną. Gdy udało mi się wyrwać ze szponów japończykom, poszedłem jej poszukać. Znalazłem ją – nie raz, bo ledwo mnie zobaczyła skręcała natychmiast w boczne przejścia, albo po prostu miedzy stragany. Ubrany w kostium nie jestem zwinny, więc za każdym razem traciłem ją z oczu. Teraz, gdy to zapisałem, zauważyłem coś, nad czym warto się zastanowić. Skąd wiedziałem, że to ta kobieta (Ratunku! Musze ją jakoś nazwać!), przecież ja prawie nic nie widzę, a jeśli, to tylko niewyraźnie, nawet z bliska. Doprawdy, zaniepokoiłem się: czyżbym przez cały wieczór uganiał się za różnymi kobietami?

***

 

12 grudnia

Zasnęłam płacząc, obudziłam się płacząc. Jestem taka samotna. Beznadziejnie samotna. Nawet nie tęsknię za jakąś konkretną osobą. Za moją rodziną? Nie, nie łączyło nas nigdy głębokie uczucie. Wspomnienia są mdłe, bez smaku. Kocham swoje dzieci i one pewnie mnie też kochają, ale już od dawna nie mamy sobie nic do powiedzenia, do zaofiarowania. Tęsknię za miłością. Tu, w pamiętniku wolno mi to szczerze wyznać, to mi sprawia ulgę. To jest trochę jak kiedyś, gdy byłam bardzo, bardzo młoda. Taka nieokreślona, a jednak paląca tęsknota za czymś wyjątkowym, za spotkaniem, które okazałoby się miłością, za kimś, za mężczyzną, który… Ach, co tam, to mój pamiętnik, wolno mi tu pisać, co chcę! No więc tęsknię za moim księciem z bajki! Tak samo niecierpliwie, jak wtedy, gdy miałam szesnaście lat, i tak samo  nierealistyczne są moje oczekiwania dotyczące jego charakteru. Jedyną różnicą jest to, że wtedy wierzyłam święcie w spełnienie swoich marzeń, a teraz wiem, że jest już za późno. Nawet jeżeli mój książę gdzieś istnieje, to dawno zbłądził na drodze do mnie, został zaklęty przez czarownicę, albo pożarty przez smoka. Albo uwiodła go  jakaś wredna królewna. Ta ostatnia możliwość wyciska mi jeszcze więcej łez z oczu…

 

 

***

 

13 grudnia

Codziennie przemilczam coś w moich notatkach. Widocznie muszę niektóre wrażenia nosić w sobie dwadzieścia cztery godziny, zanim jestem gotów przelać je na papier. I tak wyznałem wczoraj, co zataiłem przedwczoraj, a przemilczałem, że wczoraj nie widziałem tej kobiety. Taki nieracjonalny lęk (zabobonny?), że dopiero przez zapisanie ten fakt stanie się prawdą. Również wczoraj zadzwonił do mnie P. i pytał, jak postępują moje badania, czy mam już pomysły. Nie, nie naciskał na mnie, zwyczajnie sobie gadaliśmy. Wydawnictwu się nie spieszy, bożonarodzeniowe opowiadanie do którego zbieram materiały jest przewidziane na przyszły rok. To, które właśnie pojawiło się w księgarniach napisałem w zeszłym roku. To ja sam niepotrzebnie wywieram na siebie presję. Po rozmowie z P. zrobiłem krotki bilans: od niemal dwóch tygodni przebieram się w ten durny kostium i licząc razem z dojazdami spędziłem już ponad czterdzieści godzin na błąkaniu się bez celu w postaci, którą wszyscy ignorują. Nędznym plonem tych wysiłków są te notatki, zupełnie bezwartościowe, nie ma w nich żadnej historii. Bardziej zainspirowałby mnie urlop w górach, byłby także przyjemniejszy. Marzyłbym sobie w mojej chatce wpatrzony w ogień na kominku, na zewnątrz tonące w śniegu lasy, nocą błyszczące gwiazdy na czarnym mroźnym niebie, jakieś ślady na śniegu, jakieś tajemnicze dźwięki – w tym sprzyjającym nastroju nie mógłbym się opędzić od pomysłów!

Nie było jej wczoraj na jarmarku. Tak, jej potkniecie o mój korzonek było jedyna szansą, aby ta marchwiową maskarada przyniosła jakąś korzyść. Ta kobieta miała mi opowiedzieć swoją historię, bo moja własna fantazja przestała funkcjonować: zadusiło ją wieczne „popatrz, marchewka”.

Czy przyjdzie dziś? Jeśli nie, dam sobie spokój, jeszcze dziś wieczorem wsiądę w samochód i pojadę w góry Harzu.

 

 

***

 

13 grudnia

Myślę, ze podświadomie od samego początku tego chciałam, nie będę więc tu w pamiętniku próbowała temu zaprzeczać. Byłam dziś na bazarze. Wczoraj zostałam w domu i czułam się paskudnie. Więc dziś poszłam. Gdy zobaczyłam marchwiarza, nie zeszłam mu z drogi, poczułam się tylko trochę dziwnie, gdy zmienił kierunek i ruszył w moją stronę. Zresztą nawet gdybym chciała, nie mogłabym go ominąć, akurat w tym miejscu było bardzo wąsko. Zatrzymał się naprzeciw mnie, a potem… Gdy się teraz nad tym zastanawiam, nie potrafię powiedzieć, jak on to zrobił, naprawdę, nie odezwał się, ta jarzyna nie ma kończyn i raczej mnie nie popychał. Ale w jakiś sposób zaproponował mi swoje towarzystwo, kupiłam sobie grzańca i usiedliśmy na ławce. Chyba to przewidywałam, bo tuż przed wyjściem z domu wskoczyłam jeszcze szybko w dodatkowe wełniane majtki. On nic nie pił, no bo jak, a ja zaczęłam mu się zwierzać. Ciekawe, ze ten duchowy ekshibicjonizm nie wywołał u mnie moralnego kaca, dziś czuje się dużo lepiej niż ostatnio. Umówiliśmy się znów na jutro. Niesamowite, jak pełna wyrazu potrafi być taka milcząca marchew.

 

 

***

 

13 grudnia

Nie jadę w góry. Zamiast tego nadal będę się kostiumował i spędzał wieczory na świątecznym jarmarku. Z nią. Mam przeczucie, ze powstaje właśnie jakaś historia i choć nie mam pojęcia, jaki obierze kierunek, mam zaufanie. Dziś ledwo znalazłem się na terenie jarmarku, dojrzałem ją. Nawiasem, jestem zupełnie pewny, że nigdy nie myliłem jej z innymi kobietami. Dlaczego, o tym później. No więc, gdy ją zobaczyłem, szła właśnie w moją stronę i choć z daleka musiała zauważyć moją zieloną nać, nie zboczyła z drogi. Na wszelki wypadek zatrzymałem się w takim miejscu, w którym nie mogłaby mnie ominąć. Po obu stronach uliczki stały kioski cieszące się dobrą frekwencją: w jednym sprzedawano piwo, w drugim zupę gulaszową. Tam stanąłem, a ona zatrzymała się tuż przede mną. Udawała zdziwioną, jakby mnie dopiero teraz dostrzegła, ale nie zdradzała zamiaru ucieczki. Potem powiedziała, ze chce się napić grzanego wina i zaczęła się powoli koło mnie przeciskać. Poczułem ruch kostiumu, tak się jakoś przekręcał, i zrozumiałem, ze to ona go trzyma i życzy sobie, żebym za nią poszedł.  Nie będę się zatrzymywał przy nieważnych detalach, w każdym razie wkrótce już siedzieliśmy na ławce, a ona popijając wino otwierała mi swoje serce.

I tu zaczyna się to coś wyjątkowego. Słuchałem jej i im dłużej jej słuchałem, tym bardziej znajomy wydawał mi się jej głos. Opowiadała ze swojego życia, ale bardzo szybko przestałem zwracać uwagę na treść, wsłuchiwałem się tylko w ten „czarodziejski” głos i było mi po prostu dobrze. Ona, ciągle jeszcze nie mam dla niej imienia, a ona też się nie przedstawiła, porusza coś w mojej duszy, jakieś wspomnienie, albo sen, może marzenie, nie wiem jeszcze… właśnie dlatego jestem pewien, ze wtedy, parę dni temu nie pomyliłem jej z innymi kobietami.

Mam nadzieję, ze nie przeziębiła sobie pęcherza, bo ławka, była bardzo zimna. Moja marchewka jest ciepło watowana, więc ja nie marznę. Ona powinna była raczej usiąść mi na kolanach.

 

 

***

 

14 grudnia

Nie, nie będę się nad tym zastanawiać, dlaczego upieram się spowiadać pierwszej lepszej marchwi z mojego życia emocjonalnego! Mam taką potrzebę i już. Wolno mi. Nawet jeśli to bardzo smutne mieć taką potrzebę.

Wczoraj zaczęłam od teraźniejszości i powoli będę się cofała aż do młodości.

Nie, nie będę się zastanawiać nad tym, dlaczego ten marchwiarz ma potrzebę wysłuchiwania moich wynurzeń.

 

***

 

 

15 grudnia

Przyszła, więc nie przeziębiła sobie pęcherza.  Dziś była cieplej ubrana, bardzo rozsądnie. No i wino trochę ją rozgrzewa. Nie upija się już tak, jak pierwszego wieczoru. Za to ja przyniosłem sobie piersiówkę i poddając się czarowi jej głosu, piłem tak, jak pije się likier, powoli, po kropelce, z rozkoszą.

Jak w pachnącej kąpieli zanurzałem się w jej głosie i czułem jak warstwa po warstwie spłukiwał coś (co?) z mojej duszy. Miłe uczucie; ciekawe, co odkryje się w samym jądrze? Ona opowiada  mi codziennie coś ze swojego życia, ale fakty mnie nie interesują, to, co mnie fascynuje to jej postawa wobec własnych przeżyć, jej doświadczenie w dziedzinie emocjonalnej. Jestem w stanie wszystko rozumieć, chwytam w lot niuanse, to takie jasne i proste, a jednak wygląda na to, ze dotąd nie spotkała nikogo, kto by odczuwał podobnie jak ona. Jesteśmy pokrewnymi duszami?

 

 

***

 

16 grudnia

Dziś muszę zostać w domu. Mam nadzieję, ze pogoda wkrótce się poprawi. Zniosłam ze strychu pudło ze starymi zdjęciami. Z pewnego określonego powodu. Chcę go zobaczyć, Leo, moją miłość. To jest skutek „marchwiowej kuracji’ – wyznaję, ze Leo był moją miłością, tą jedyną, prawdziwą. Albo raczej szansą na jedyną, prawdziwą miłość. Szansą, której nie wykorzystałam.

 

***

 

16 grudnia

Mam pewne podejrzenie, ale jest ono tak niedorzeczne, ze sam w nie nie wierzę. Odrzucam je jako myślący logicznie człowiek, natomiast jako pisarz akceptuję je z zachwytem.

Wiele lat temu poznałem dziewczynę. Nie kobietę. Dziewczynę. Ja sam byłem wówczas chłopakiem. Spodobała mi się, zakochałem się, zostaliśmy parą. Najpierw nie zauważałem tego, co wniosła w moje życie. A było tak, ze ona jakby otworzyła dla mnie drzwi prowadzące do świata, jakiego jeszcze nie znałem. To było jak objawienie, świat, w którym ludzie kochali się, rozumieli i szanowali. Krok po kroku wprowadzała mnie w ten świat, uczyła poruszać się w nim, pokazała mi, czym może być miłość, co może sobie dać dwoje kochających. Mam tu na myśli wartości idealne, na polu erotycznym była jeszcze bardzo zielona. Ale i w miłości fizycznej odkrywaliśmy wspólnie obszary, które i dla mnie były nowe. Moja słodka Calineczka… tak ją wtedy nazywałem, była taka delikatna, taka leciutka.

No, powiem krótko, zanim zatonę w marzeniach – podejrzewam, ze to ona. Ta kobieta z jarmarku jest moją Calineczką. Od kiedy widziałem ją ostatni raz, minęło ponad trzydzieści lat, dlatego nie od razu ją rozpoznałem. I także dlatego, ze w oczach marchwi wszystko jest zdeformowane, niewyraźne. Ale od samego początku czułem do niej inklinację, wprawdzie nie rozpoznałem w niej Calineczkę, ale ją jedną wybrałem z tłumu. To chyba przekonujący dowód?

A jej głos czarodziejski?

A fakt, że i ona szuka mojego towarzystwa?

Niestety właśnie dzisiaj nie możemy się spotkać. Pogoda jest fatalna: najpierw zrobiła się odwilż, potem padało, następnie wszystko zamarzło, a teraz szaleje śnieżyca. Ani kawałek ziemi nie jest równy, na chodnikach wertepy i zaspy, a w każdym wzgórku czai się śliska górka lodowa.  Na jezdniach panuje kompletny chaos. Mam dużo czasu, żeby się zastanowić, czy pójść na następne spotkanie z Calineczką jako marchew, czy jako ja.

 

 

***

 

17 grudnia

Marchwiarz nie odzywa się nigdy ani słowem. Pewnie nawet nie rozumie sensu tego, co mówię. A ja grzebię się w moim życiu wewnętrznym, nawet nie opowiadam żadnych konkretnych historyjek. Mój maż nazywał to babską sraczką i nie robił tego ze złośliwości. Życie wewnętrzne mężczyzny to jego trawienie i jego pożądliwość; w tym kontekście użycie słowa „sraczka” nie oznacza lekceważenia. Mój mąż był człowiekiem wykształconym, a mężczyzna tkwiący w kostiumie marchwi bez wątpienia nim nie jest. Nie może być też młody, gdyż wtedy nie interesowałby się mną. Ma idiotyczną pracę, pewnie bardzo źle płatną. Widocznie brak mu innych możliwości. (Ciekawe, kto jest jego pracodawcą i co właściwie reklamuje marchew na bożonarodzeniowym bazarze?)  Siedząc blisko niego czuję lekki zapach alkoholu, a więc jest on także pijakiem. Ile godzin dziennie musi spędzać na bazarze? Nie wiem. Gdy przychodzę, już tam jest, potem siedzimy ze dwie godziny na ławce, a gdy odchodzę, on wstaje i znów miesza się z tłumem. Prawdopodobnie wypoczywa przy mnie, może nawet ucina sobie drzemkę, a ja łudzę się, że mnie słucha. Rozgniewała mnie myśl, którą właśnie sformułowałam i zapisałam. Czuję się rozczarowana i oszukana. A więc w rzeczywistości nie myślę tak chłodno? Jasne, że nie. Ta marchew pozwala mi marzyć i kurczę blade, potrzebuję tych marzeń. Precz z logiką i rozsądkiem! Nie ważne z jakich powodów marchwiarz przesiaduje ze mną na ławce, dla mnie liczy się tylko to, że on to robi. Osnuję wokół niego swoją własną bajkę i w ten sposób przetrwam święta. Od wczoraj myślę o Leo. Był jedynym mężczyzną, który kochał we mnie to, co i ja w sobie ceniłam. Mogłam mu wiele dawać i nie stawałam się przez to uboższa, przeciwnie, wzbogacałam się wewnętrznie. On też dawał, obdarowywaliśmy się nawzajem. Siałam, widziałam jak wschodził mój siew, zbierałam plon, który mu mogłam znów ofiarować… Ze wszystkimi mężczyznami po Leo było inaczej. Waluta, którą starałam się kupić ich przychylność była albo nietrwała, jak moja uroda, albo dla mnie osobiście niewiele warta, jak na przykład moje umiejętności kulinarne.

 

***

 

17 grudnia

Dziś przysłuchiwałem się Calineczce wzruszony i rozbawiony jednocześnie. Zastanawiała się głośno nad marchwiarzem, nad człowiekiem tkwiącym w kostiumie, czyli… nade mną. Calineczka ma mnie za upadłego alkoholika, prosto z rynsztoka, ma jednak zamiar nie zwracać na to uwagi, jeśli nadal będę się wobec niej zachowywał, jak dotychczas, czyli (to już moje uzupełnienie) jeśli nadal będę milczał i nie molestował jej seksualnie. Ponieważ dla bezgłowej i bezrękiej marchwi zarówno mówienie jak i obmacywanie jest praktycznie niemożliwe, więc naszemu związkowi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.

A teraz najważniejsze: Calineczka mówiła dziś o mnie, o mnie dawnym, o tym chłopaku z jej przeszłości. Nie wymieniła imienia, ona w ogóle nie wymienia imion ani nazwisk, bardzo rozsądnie, na jej miejscu też bym tak robił. No więc nie wymieniła mojego imienia i nie opisywała konkretnych sytuacji, a jednak było jasne, że mówiła o mnie i teraz wiem, że byłem w jej życiu kimś tak samo wyjątkowym, jak ona była wyjątkowa w moim. Jak ładnie to sformułowała: „Siałam, widziałam, jak wschodzi mój siew, zbierałam plon, który mu mogłam znów ofiarować…”

 

***

 

19 grudnia

Gdy wracałam dziś do domu z bazaru, wyobrażałam sobie, jak by to było spotkać Leo. Co się z nim działo po tym, jak go tak lekkomyślnie porzuciłam? Krotko: porzuciłam go, bo moje otoczenie go dla mnie nie zaakceptowało. Sposób życia Leo nie był konwencjonalny, a jego wygląd i sposób bycia szokowały przeciętnego mieszczucha lat sześćdziesiątych. Wróżono mi marną przyszłość u jego boku, a ostrzeżenia te nadchodziły z każdej strony tak zgodnie, że wreszcie sama zaczęłam w nie wierzyć. Skąd miałam ja, młoda, niedoświadczona i naiwna dziewczyna wiedzieć, że to, co nas łączyło było miłością, jaka rzadko komu przypada w udziale? Tak więc porzuciłam go, spaliłam za sobą mosty, wyprowadziłam się daleko, wyszłam za mąż. Kim jest teraz Leo? Czy sprawdziły się fatalne prognozy? Czy stoczył się, zmarnował swoje życie? Obecnie, po ponad trzydziestu latach jestem mądrzejsza. Powinnam była przy nim trwać, wspierać go, bronić przed światem, bo nawet, gdybyśmy w sensie materialnym zostali biedni, to bylibyśmy przynajmniej szczęśliwi.

Kim jest Leo? Czy jeszcze żyje? Gdzie? Jak? Chyba podświadomie odnajduję Leo w marchwiarzu. Jak on to robi, że czuję się rozumiana i przytulana, choć ani jego oczu nie widzę, ani głosu nie słyszę, ani nie czuję dotyku jego rąk?

 

***

 

20 grudnia

No to jestem ciekaw twoich ostatecznych wniosków, Calineczko. Jeśli rzeczywiście odgrywałem w twoim życiu taką wyjątkową rolę i jeśli rzeczywiście uważasz, że zewnętrzność się nie liczy, to powinnaś mnie zaakceptować i przyjąć do swojego życia w postaci tego menela, za którego mnie masz. Żeby podmalować sytuację, przestałem się myć i zmieniać bieliznę. Mam nadzieję, że to czułaś, w środku marchwi było w każdym razie dość duszno. W porównaniu z latami sześćdziesiątymi tolerancja wobec innych stylów życia zrobiła postępy, ale czy rzeczywiście wzięłabyś do siebie takiego śmierdzącego obiboka i broniła go przed światem? I przed swoimi własnymi drobnomieszczańskimi wyobrażeniami? Czy jako rekompensata wystarczyłaby ci moja miłość? Musisz zakładać, że miałem trzydzieści lat, żeby znaleźć się tam, gdzie jestem: jako wypełniacz kostiumu ogromnej marchwi, śmierdzący alkoholem i potem, człowiek tak samotny, że idzie za pierwszą lepszą osobą, która go zagadnęła. Nie masz pojęcia, jak bardzo się mylisz. Gdy tak słucham historii twojego życia, myślę sobie z odrobiną schadenfreude, że los ukarał cię za krzywdę, którą mi wyrządziłaś. Z powodu tej schadenfreude jeszcze trochę poczekam, ale nie za długo, bo tęsknię za tobą, Calineczko. Nasz związek nie poszedł na marne. Twoja ucieczka nie złamała mnie. Przeciwnie. Czas spędzony z tobą i z twoją rodziną dał mi narzędzia, którymi z powodzeniem budowałem potem własne życie. Żadnej kobiety po tobie już aż tak nie kochałem, z żadną nie czułem się już aż tak związany, ale sam byłem i kochany, i upragniony w dużej mierze za wartości, które rozwinąłem dzięki tobie. Teraz, podobnie jak ty, jestem wolny i chcę, żebyśmy odważyli się, zacząć znów od początku. Tym razem dojrzale i prawdziwie.

 

 

***

 

 

 

23 grudnia

Stał się cud! Drżę tak, że ledwo mogę utrzymać długopis. Naprawdę, coś takiego może się wydarzyć tylko w tym okresie i tylko jako opowiastka bożonarodzeniowa. Wydarzyło się. Mnie. Nam.

Dziś, gdy znów mówiłam o Leo, o tym, że zaakceptowałabym go w każdej postaci, marchew przysunęła się do mnie bliżej, pochyliła się do nade mną i usłyszałam szept: „Nie chce cię dłużej dręczyć. To ja, moja słodka Calineczko. Spróbujmy jeszcze raz.” Zerwałam się zaskoczona, ale on mówił spokojnym, przytłumionym przez kostium głosem: „Usiądź przy mnie, Calineczko. Uspokój się. Niech ta wiadomość znajdzie sobie miejsce w twoim sercu. Mamy czas.” Usiadłam więc i teraz to ja słuchałam, a on mówił. Opowiedział mi, że prawie od samego początku mnie rozpoznał i jaki był szczęśliwy, gdy dowiedział się, że go nie zapomniałam. Potem milczeliśmy razem, mogłabym tak spędzić wieczność. Jutro jest Wigilia. Powiedział, że nie musi iść jutro na bazar. Zamiast tego przyjdzie do mnie już bez tego idiotycznego kostiumu. Nazywał mnie Calineczką…

 

***

 

23 grudnia

Koniec maskarady. Calineczka wie już, kim jestem. Mój zmysł literacki nie pozwolił mi jeszcze pokazać się jej i powiedzieć jej całej prawdy o sobie. Chcę zaaranżować wielki finał, happy end tej opowieści wigilijnej tak, jak by sobie tego życzyli moi czytelnicy. Wczoraj, zanim się rozstaliśmy, Calineczka wsunęła mi przez ustnik zwinięty banknot i powiedziała: „Kup sobie coś do ubrania”. Potem podała mi swój adres i swoje aktualne nazwisko i poprosiła mnie, żebym nacisnął dzwonek dwa razy długo i raz krotko. Cieszę się już na jej zaskoczenie, gdy zajadę swoim BMW ubrany w garnitur od Armaniego, ogolony i bez śladów nałogu wyrytych na twarzy.

Do jutra, Calineczko…

***

 

 

26 grudnia

W Wigilię, gdy już się ściemniało, stałam przy oknie i czekałam na Leo. Pogoda była jak zamówiona na tę okazję – płatki śniegu spływały z nieba gęsto i cicho, widziałam je w żółtym świetle latarni; ulica i chodnik pokrywały się coraz grubszym, białym dywanem. Patrzyłam w napięciu w stronę, z której spodziewałam się Leo, powinien nadejść od stacji metra. Mimochodem zauważyłam, że jakieś auto zatrzymało się przed moją kamienicą. Wysiadł z niego jakiś mężczyzna z bukietem kwiatów i, jak mi się zdawało, z płaszczem przewieszonym przez ramię, i zbliżył się do bramy. Nie przyglądałam mu się, nie zastanawiając się nad tym uznałam go za gościa moich sąsiadów. Nadal wpatrywałam się w gęstniejący mrok. Nagle zaskoczył mnie dźwięk dzwonka przy moich drzwiach – dwa razy długo i raz krotko, dawny sygnał Leo.

Pobiegłam do drzwi i otworzyłam je z rozmachem.

Przede mną stał obcy mężczyzna!

Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to nie Leo, niektórych cech wyglądu nawet czas nie jest w stanie zmienić. Tysiąc myśli przebiegło mi przez głowę. Co to miało znaczyć? Czego chciał ode mnie ten obcy człowiek? Wykorzystał moje naiwne marzenia, żeby dostać się do mojego mieszkania? Chciał mnie zamordować? Był zboczony? Mężczyzna najwyraźniej zamożny, który w przebraniu  marchwi pęta się po świątecznym bazarze musi być zboczony. Przyniósł swój kostium… Jednak najokropniejszą myślą było uświadomienie sobie, że Leo nie powrócił do mojego życia. Stałam jak słup soli, niezdolna odezwać się, aż wreszcie zauważyłam, że i on, ten obcy stał oniemiały i skonsternowany.

- Ty nie jesteś Calineczką – powiedział wreszcie, a w jego głosie brzmiało tyle szczerego smutku, że wszystkie tamy puściły i zaczęłam płakać.

Wziął mnie w ramiona.

Łkałam coraz rozpaczliwiej.

Zaprowadził mnie w głąb mieszkania, a ja tylko ryczałam.

Zamknął za nami drzwi, wszczepiłam się w jego marynarkę i szlochałam bez opamiętania.

Gładził moje włosy, przemawiał do mnie uspokajająco, tak samo, jak by to zrobił Leo, a ja smarkałam mu w krawat.

 

***

 

styczeń

To było dwa tygodnie temu. W tej chwili siedzę przy biurku w drewnianej chatce w górach Harzu. Domek należy do mojego Marchwiarza, tu tworzy swoje opowiadania i powieści. To opowiadanie, które czytasz drogi czytelniku, napisaliśmy wspólnie. Prawie wszystko mieliśmy już gotowe, czyli nasze zapiski w pamiętnikach. „Uczesaliśmy je tylko stylistycznie”, jak on to nazywa. Zakończenie piszę sama. I to wszystko. Jesteśmy parą w fazie różowosiódmoniebnej.

Życzymy Calineczce i Leo, żeby też się kiedyś spotkali…

 

~ by alijar on June 3, 2006.

One Response to “Marchew”

  1. świetny blog, gratuluje:)

Leave a Reply