Wypoczynek wakacyjny Julii i Lilli
Każdego dnia rano i każdego dnia wieczorem Julia wyliczała w myślach zalety swoich wakacji. Cudowna słoneczna pogoda, plaża, żadnych hoteli, żadnego hałasu; śliczne, malutkie miasteczko, zbyt zaspane, by zauważyć konieczność stawiania na turystykę – powtarzała jak modlitwę dziękczynną. Zaledwie dwa tygodnie temu Julia, zaganiana, wielkomiejska istota, o niczym bardziej nie marzyła. Teraz swoją litanię kończyła zrezygnowanym stwierdzeniem: ale przynajmniej mój organizm doskonale się regeneruje. Amen.
Tak nudnych wakacji Julia jak żyła nie pamiętała. Dosłownie umierała z nudów. I tylko dlatego wybrała się pewnego razu do ratusza, aby zwiedzić znajdującą się w jego holu wystawę, noszącą miano muzeum. Najpierw z nabożeństwem obejrzała dwie belki sufitowe z XVIII wieku, ozdobione skromnymi płaskorzeźbami. Następnie przeczytała sumiennie i z pewnym trudem, gdyż użyto pisma gotyckiego, nieciekawą historię miasteczka. Wreszcie zajęła się eksponatami wyłożonymi w wąskiej witrynie. Pierwszym był skamieniały prehistoryczny jeżowiec, drugim stara apteczna waga, a trzecim egzemplarz pewnej znanej gazety z sierpnia 1912 roku. Gazeta leżała otwarta na stronie czwartej, gdyż tam właśnie umieszczono artykuł o pożarze wieży kościelnej. Szczególnością tego pożaru było zwalenie się dzwonu. Dzwon przebił się przez dwa kruche stropy i wylądował na kocie kościelnego. Gdy w tydzień później podniesiono dzwon dźwigiem, wyskoczył spod niego żywy wprawdzie, ale bardzo nie w humorze kot i ugryzł obecnego tam aptekarza, Jana Schmidt w łydkę.
Obok witryny stał stół. Ani on, ani leżące na nim papiery nie należały już do wyposażenia muzeum, jednak Julia nie czuła się jeszcze zaspokojona w swoich potrzebach kulturalnych. Przejrzała więc dokładnie wszystkie wyłożone broszurki starając się zapamiętać skomplikowane terminy wywozu rozmaitych rodzajów śmieci i sprawdziła, czy w razie czego miałaby wszystkie dokumenty uprawniające do zawarcia związku małżeńskiego. Na koniec wzięła ze stosika plan miasta i poszła do portiera zapłacić za ten niepotrzebny szpargał. Znała już na pamięć każdą uliczkę, każdy zaułek, także po okolicznych drogach, dróżkach i ścieżkach mogłaby chodzić z zawiązanymi oczami. W domu rzuciła plan w jakiś kąt i dopiero po tygodniu zauważyła teksty znajdujące się po jego drugiej stronie. Były to historyjki, które kiedyś stanowiły temat rozmów i plotek w miasteczku. Zdarzenie z kotem, dzwonem i aptekarzem Julia już znała. Dwie pozostałe anegdoty miały charakter bardziej ezoteryczny. Pierwsza dotyczyła starego cmentarza, na którym w 1919 roku siostrzenica aptekarza miała spotkać ducha. Nikt dziewczynie nie uwierzył, wyśmiano ją tylko. Także i inne jeszcze miejsce znajdujące się nad brzegiem morza cieszyło się opinią nawiedzonego. Tam właśnie dawnymi czasy widywano w południe jakąś młodą kobietę siedzącą na Małżowym Pomoście. Zagadnięta rozpływała się w powietrzu. Dawno już nie ukazała się nikomu, prawdopodobnie dlatego, że teren ów od dwudziestu lat należał do rezerwatu ptaków wodnych, a sam pomost dawno już zarósł trzciną.
*
Czy to desperacja nudy, czy duszność nocy dały początek przygodzie, trudno powiedzieć. A może sprawił to umysł Julii nie znoszący otwartych kwestii? Po dwóch godzinach bezsennego wiercenia się, na łóżku Julii nie było ani jednego nie rozgrzanego i nie pogniecionego miejsca. Rzadkie powiewy gorącego powietrza wpadające przez szeroko otwarte okno nie chłodziły ani trochę. Za to pachniały przyjemniej niż duchota pokoju. Julii wstała z pościeli, usiadła na parapecie i wyjrzała w jasną, letnią noc. Zaraz za ogrodem wznosił się łagodnie pagórek, na którym stał kościół ze słynną dzwonnicą. Zaraz za nim leżał stary, nie używany już cmentarz. Podczas gdy wzrok Julii badał cmentarny mur w poszukiwaniu furtki, w jej głowie kiełkowała myśl, że nawet, jeśli nie błąka się tam żaden duch, to noc spędzona na poletku Pana Boga będzie się znacznie różniła od wszystkich innych tu spędzonych. Pomiędzy nudą a przygodą leżał jedynie parapet okienny, Julia pokonała go bez trudu przerzucając nogi na zewnątrz. Po chwili snuła się cichutko pomiędzy grobowcami i pomnikami o dziwnych kształtach. Adrenalina krążyła w jej żyłach, serce waliło, dłonie wilgotniały, a każdy włosek gotów był z lada powodu natychmiast się zjeżyć. Reakcje cokolwiek przesadzone za to bardzo przyjemne. Nareszcie czuła znów życie w sobie tu, wśród pogrążonych w wiecznym śnie. Zegar na kościele zaczął wybijać północ, Julia przystanęła i oparła się o wysoki nagrobek, aby porozkoszować się tą chwilą.
- Ach…! – usłyszała westchnienie i najpierw uznała je za swoje własne. Lecz gdy powstrzymała oddech coś odezwało się znowu – ach…! – westchnienie dobywające się jakby z obelisku.
- Och! – wyrwało się Julii i zabrzmiało cokolwiek lękliwie.
Nastąpiło parę sekund kompletnej ciszy poczym niemal jednocześnie zadrżały dwa głosy:
- Jest tam kto?
Zanim Julia zdążyła odpowiedzieć, przypłynęło z nikąd następne pytanie:
- Jesteś duchem?
- Nie – odpowiedziała Julia – a ty?
- To się pokaż – zażądał tajemniczy, przepełniony strachem głos. Czy duchy mogą bać się duchów?
- Ty też się pokaż! – powiedziała Julia i poczuła się trochę głupio.
Zaczęła obchodzić pomnik. Po trzech krokach znalazła się po jego drugiej stronie, skąd miała widok na tę część cmentarza, którą dotychczas zasłaniał. W pobliżu znajdowały się jedynie pozapadane mogiły, parę drewnianych krzyży i płaskie płyty nagrobne… ale żadnej żywej duszy. Serce Julii zabiło gwałtowniej. W uszach brzmiał jej ciągle jeszcze wyraźnie usłyszany głos kobiecy. Czyżby rozmawiała z duchem? Z istotą z innego wymiaru? Z umarłą? Czy głos wydobywał się z jednego z tych grobów? Czy zaraz rozstąpi się ziemia i coś, COŚ wylezie na powierzchnię? Rozkładające się ciało, zombie, a może duch, przejrzysty i piękny, ale w jakiś przerażający sposób obcy? Albo, Julia zadrżała, COŚ zakradnie się od tyłu, zmaterializuje się za jej plecami, dotknie jej ramienia i szepnie…
- Tu jesteś!
Julia wrzasnęła i dopiero wtedy do jej świadomości doszła ulga brzmiąca w tych słowach. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z młodą jak ona sama kobietą. Podejrzliwie i bez słowa przyglądała się domniemanemu duchowi, który ze swojej strony przyglądał się jej w milczeniu i nieufnie. Po chwili dwie dłonie uniosły się i dwa wyciągnięte palce wskazujące zaczęły się do siebie zbliżać. Gdy się spotkały, dotknęły się najpierw ostrożnie następnie zwiększając nacisk. Wreszcie Julia odetchnęła. Miała do czynienia niewątpliwie z człowiekiem z krwi i kości. Z jasnowłosą, szczupłą dziewczyną, jak ona sama bosą i w jedwabnej piżamie.
- Lilli Schmidt – przedstawiła się nieznajoma.
- Julia Hagen – powiedziała Julia – Głupia sytuacja, prawda?
Lilli potrząsnęła głową.
- Nie. Raczej nie.
- Nie? Chodzę tu w piżamie i biorę cię za ducha. Czy to nie idiotyczne?
Lilli zaśmiała się.
- To ja chodzę tu w piżamie i ciebie biorę za ducha. Widzisz? To całkiem normalne: wszystkie obecne tu osoby ubrane są w piżamy i rozglądają się za duchami.
Julia roześmiała się z ulgą.
- Ach Lilli, jakże się cieszę, że cię spotkałam! Tak się potwornie nudziłam.
- Żebyś wiedziała, jak ja się nudziłam. Spędzam wakacje u wuja, bo chorowałam w zimie i muszę teraz przez cale lato wdychać morskie powietrze. Już się obawiałam, że nie przeżyję tej kuracji. Przeczytałam wszystkie książki wujostwa i znam na pamięć każdy kamień w miasteczku.
- Tak samo jest ze mną. Dziwne, że jeszcze się nie spotkałyśmy. Dziś wieczorem, gdy wyglądałam przez okno wpadłam na pomyśl szukania duchów na cmentarzu.
- Tak samo jak i ja. Czułam miły dreszczyk emocji stojąc sama pomiędzy grobami. Zupełnie mi wystarczało. Właśnie myślałam, że nie potrzebuję już spotykać duchów, gdy usłyszałam twoje westchnienie.
- Ty wzdychałaś pierwsza.
- Możliwe. Nagle zrobiło się tak… niesamowicie.
- Gdy cię usłyszałam, pomyślałam w pierwszej chwili, że to ten sam duch, który pokazał się tutaj siostrzenicy aptekarza.
- Siostrzenicy aptekarza? Ja jestem siostrzenicą aptekarza! Ale nigdy w życiu nie widziałam ducha.
- O, to było już dawno temu, na początku zeszłego wieku. Aptekarz nazywał się Jan Schmidt.
- Moi krewni od pokoleń są tu aptekarzami – powiedziała Lilli – i wygląda na to, że ich siostrzenice tradycyjnie już łażą nocami po cmentarzach. Podoba mi się.
Noc była jeszcze młoda, kamienne grobowce nagrzane słońcem za dnia, teraz roztaczały miłe ciepło. Lilli i Julia usiadły na płycie grobu strzeżonego przez marmurowego anioła. Anioł uśmiechał się tajemniczo jakby rozbawiony sytuacją.
- Ciekawe, dlaczego wuj mi nic nie opowiedział. Przecież chyba zna tę starą historię – powiedziała Lilli.
- Na pewno ją zna. Każdy ją zna. Przeczytałam ją na odwrotnej stronie planu miasteczka.
- Nie mam pojęcia o istnieniu planu miasteczka. Zaczynam podejrzewać, że moja rodzina postanowiła, że mam umrzeć z nudów.
- Może nie chcieli cię denerwować, żebyś nie bała się spędzać tu wakacji.
- Może. A ty? Szukałaś dziś tego ducha. Opowiedz mi o nim.
- Nie wiem zbyt wiele. Siostrzenica aptekarza wspomniała o nim dopiero parę dni po domniemanym spotkaniu. Pewnie dlatego nikt jej nie uwierzył. W tamtych czasach, jeśli młoda dziewczyna nocą na cmentarzu zobaczyła ducha, to zwykle biegła z krzykiem do domu, a następnie dostawała rozstroju nerwowego jak się patrzy. Inaczej siostrzenica aptekarza. Pewnego dnia oznajmiła spokojnie siedzącej przy obiedzie rodzinie: wygląda na to, ze tydzień temu spotkałam na cmentarzu ducha. Biedaczka stała się pośmiewiskiem miasteczka, ale ani na jotę nie odstąpiła od swojej wersji.
- Biedaczka… – powtórzyła Lilli – może moja rodzina się jej wstydzi i dlatego nic mi nie opowiedziano? Ale ja jej wierzę. Czy ktoś jeszcze poza nią widział tego ducha?
- Dopiero wiele lat później i nie na cmentarzu. Poza tym nie nocą, lecz za dnia. Wiec prawdopodobnie chodziło o całkiem innego ducha. O tym także przeczytałam na odwrocie planu miasta. Podobno istnieje nad morzem pomost, nazywany Małżowym Pomostem, bo dawniej sprzedawano tam małże.
- Małżowy Pomost? – przerwała Lilli – znam! Teraz też sprzedaje się tam małże, raz, dwa razy w lecie.
- Tak? Nie wiedziałam. Lubisz małże?
- Bardzo. Kucharka mojego wuja potrafi je wspaniale przyrządzać.
- Twój wuj ma kucharkę?
- Czemu nie? Ale opowiedz lepiej, co z tym pomostem. Co tam się dzieje? Straszy?
- Czytałam, że w południe widywano siedzącą tam młodą kobietę, ubraną tak, jak ubierano się w dwudziestych latach zeszłego stulecia. Wyglądała jakby na kogoś czekała. Nie wiem zresztą, po czym to poznać. Gdy się do niej zbliżyć, odwraca się, spogląda i rozpływa się w powietrzu.
- No, właśnie po tym poznać, że na kogoś czeka – powiedziała Lilli z przekonaniem. – To jasne. Odwraca się, patrzy, widzi, że to ktoś inny i zawiedziona znika.
- Możliwe.
- Na pewno. Ciekawe na kogo czeka. Na swojego ukochanego?
- Chyba tak. A on nigdy nie powróci. Zaciągnął się na statek i odpłynął w dalekie kraje…
- Nawet się nie pożegnał…
- Nie kochał jej…
- Owszem, kochał, ale nie miał majątku i nie mogli się pobrać. Wiec popłynął w świat z nadzieją, że się wzbogaci i że gdy po latach powróci…
- A ponieważ ją kochał, nie chciał jej zawiązywać rąk i dlatego nic jej nie powiedział nie ożenił się z nią przed wyjazdem…
- Czy ona nie czuła się zdradzona i porzucona?
- Nie, skądże! Kochała go i nigdy o nim źle nie myślała. Domyśliła się jego szlachetnych pobudek i pozostała mu wierna.
Julia i Lilli pomilczały chwilę. Wreszcie Lilli spytała:
- Jednego nie rozumiem. Dlaczego jej duch pokazuje się na pomoście? Bo albo mu się udało, wrócił i pobrali się, więc na co miałaby jeszcze czekać; albo on nigdy nie powrócił, wtedy powinna patrzeć na morze, wyglądać statku. Właściwie powinna czekać w porcie.
- A może on powrócił, bogaty, ale ona już była zamężna. Zmuszono ją do ślubu. Nie mogli się spotykać oficjalnie.
- Tylko potajemnie…
- Tylko potajemnie… Albo jeszcze gorzej: to ona chciała się z nim potajemnie spotykać, przychodziła na pomost, miejsce ich dawnych spotkań i czekała. Ale on nie wiedział, że ona go jeszcze kocha i nigdy nie przyszedł na pomost.
- Oboje już dawno nie żyją…
- A ona ciągle jeszcze czeka…
- Na pomoście…
- A on czeka na nią w zaświatach…
Znowu zamilkły.
- Nie uważasz, że powinno się ją uwolnić? – spytała Julia.
- Oczywiście. Ktoś powinien jej to wyjaśnić. Wyobrażasz sobie jak to nudno, czekać tak długo i daremnie?
- Tylko ciekawa jestem, jak to zrobić. Wiesz przecież, że ona rozpływa się w powietrzu, gdy się do niej zbliżyć.
- Hmmm…
- Hmmm…
Na tym wyczerpało się zainteresowanie Julii i Lilli tematem ducha z pomostu. Lilli skubnęła piżamę Julii.
- Też już byłaś w łóżku – stwierdziła –Jak udało ci się wyjść?
- Przez okno – odpowiedziała Julia. – Nie musiałam wykradać się potajemnie, to była tylko taka spontaniczna decyzja. Teraz jednak będę musiała wrócić tą samą drogą, nie chcę dzwonić do drzwi i budzić mojej gospodyni.
- No to ja byłam bardziej przewidująca – uśmiechnęła się Lilli –też wyszłam oknem i też nie traciłam czasu na ubieranie się, ale w ostatniej chwili chwyciłam jeszcze klucz. Z mojego okna da się w miarę bezpiecznie wyskoczyć, ale nie potrafiłabym się wdrapać z powrotem. Twoja gospodyni tylko by się zdziwiła, widząc cię powracającą w tym stroju z nocnej wycieczki, ale moja ciotka zemdlałaby z wrażenia, a mój wuj ograniczyłby na przyszłość moją wolność. Kto wie, czy nie musiałabym zamieszkać w jednym pokoju z moją małą kuzyneczką?
- Okropne! – oburzyła się Julia – przecież jesteś dorosła!
- Dwadzieścia dwa lata – powiedziała Lilli – niestety dla mojej rodziny wiek nie ma znaczenia. W ich oczach będę dorosła, gdy wyjdę za mąż.
- Strasznie staroświeckie poglądy!
- Właśnie… – westchnęła Lilli i zamyślona wodziła kluczem po kamiennej płycie. – Och! – wykrzyknęła nagle – spójrz! Ten kamień wcale nie jest twardy. Wyryjmy nasze inicjały!
Ochoczo zabrały się do pracy, wydrapały jednak tylko L dla Lilli i J dla Julii, bo rycie w piaskowcu przy pomocy klucza to nie pisanie rylcem w wilgotnej glinie. Ukończeniem roboty przypieczętowały zawarcie przyjaźni i uznały, że wakacje są uratowane. Teraz mogły spokojnie powrócić do łóżek.
- A więc spotkamy się jutro… a raczej dziś na Małżowym Pomoście – przypomniała Lilli na pożegnanie.
- Tak około południa – odpowiedziała Julia – Przyjdę na pewno, ale nie będę nastawiała budzika. Poczekasz na mnie, jeśli się spóźnię?
- Jasne, że poczekam. Do jutra, Julio.
- Do jutra, Lilli.
Rozstały się przed murem cmentarnym, skąd Julia przez mokrą od porannej rosy łąkę pobiegła do swojego pensjonatu.
*
Gdy Julia się obudziła, natychmiast usłyszała dochodzący zza okna szum i chlupot. Lało jak z cebra, a południe dawno już minęło. Julia wyskoczyła z pościeli, narzuciła szlafrok i pobiegła do gospodyni.
- Czy ktoś do mnie dzwonił? – spytała bez tchu.
Pani Koch spojrzała trochę zdumiona i potrząsnęła głową.
- Czy zna pani numer telefonu aptekarza?
- Apteki? Zachorowała pani?
- Nie jestem chora – powiedziała Julia, ale przypomniawszy sobie porę dnia i własny wygląd, dodała: – tylko trochę się przeziębiłam i zostanę dziś w łóżku. Ale nie potrzebuję żadnych lekarstw. Chcę tylko zadzwonić do aptekarza, bo przespałam umówione spotkanie z jego siostrzenicą.
Pani Koch podała Julii książkę telefoniczną i wróciła do kuchni. Julia wyszukała numer, zadzwoniła i sam aptekarz Schmidt podniósł słuchawkę. Powiedział Julii, że jego jedyna siostrzenica, pięcioletnia Kati mieszka z rodzicami w Bawarii i nigdy go jeszcze nie odwiedziła.
- Ktoś sobie z pani zażartował. Lilli to imię słynnej siostrzenicy mojego dziadka.
Julia jednak nie potrafiła uwierzyć, że padła ofiarą żartu. Musiało istnieć inne wyjaśnienie tej pomyłki. Chyba, że jej znajoma z cmentarza weszła w rolę prawdziwej Lilli, aby nocną przygodę uczynić jeszcze ciekawszą.
Było już po drugiej i choć nie umawiały się z Lilli punktualnie co do minuty, Julia zdecydowała się nie iść już dzisiaj na Małżowy Pomost. Została w swoim pokoju, czytała książki, rozmyślała o swojej nowej przyjaciółce i oczekiwała w każdej chwili telefonu wyjaśniającego nieporozumienie. Wieczorem przestało padać, Julia po dniu spędzonym w łóżku czuła się świeża i wypoczęta, postanowiła więc wybrać się znów na cmentarz. Tym razem jednak w normalnym ubraniu i zaopatrzona w latarkę.
Bez najmniejszego trudu odnalazła obelisk i w jego pobliżu płaski kamień nagrobny, na którym zeszłej nocy siedziały z Lilli. Włączyła latarkę i w pierwszym przerażającym momencie ujrzała w jej świetle tylko jedną literę, swoją własną. Dopiero, gdy pochyliła się nad nią, odkryła obok J także i L. Jednak podczas gdy świeżo wydrapane J jaśniało wyraźnie na tle szarego kamienia, zarosłe mchem L ledwo było widoczne.
Drżąc ze zdenerwowania Julia osunęła się na nagrobek. W jednej chwili zrozumiała, że jutro w południe koniecznie będzie musiała pójść na Małżowy Pomost, żeby wyzwolić swoja przyjaciółkę Lilli z trwającego osiemdziesiąt lat, nudnego oczekiwania…
