Alinka

Jeszcze godzinę temu świeciło słońce, lecz teraz nad osiedlem szalała śnieżyca. Alinka stała w oknie i patrzyła na rozległy ogród. Różowawa szarość przedwiośnia znów przeistoczyła się w biel i czerń zimy. Krokusy zasypało już zupełnie i tylko żonkile świeciły jeszcze gdzieniegdzie żółto ponad białym puchem.

Może przemarzną, pomyślała mściwie. Ten dom zawiódł jej oczekiwania. Nie czuła się tu wiele szczęśliwsza niż w mieście.

- Cholerny ogród, zasrany dom… – zaszeptała.

- Mówisz o naszym wymarzonym gniazdku, Alino? – Nie usłyszała kiedy mąż wszedł do pokoju. Odwróciła się od okna i ogarnęła go szybkim, badawczym spojrzeniem. Czujnik jej serca zarejestrował znów odrobinę niższą temperaturę. Codziennie trochę niższą. Kiedy zacznie się katastrofa? A może już się zaczęła?

Podbiegła do niego i spróbowała wtulić się w jego ramiona jak dawniej, jak na początku ich znajomości. Objął ją i zanim się odezwał, pochylił się, by pocałować ją w usta, ale Alinka nie dała się zwieść. To już nie było to szalone zakochanie, ta nieokiełznana, radosna namiętność.

- Wróć wcześniej – poprosiła. – Zamówię kolację u Greka, i zrobimy sobie romantyczny wieczór. Jak za dawnych czasów…

Uwolnił się z jej objęć i sięgnął po filiżankę z kawą.

- A może sama byś coś ugotowała – zaproponował. – Kup co potrzeba, wyszukaj jakiś ciekawy przepis…

Każdy jego gest, każde słowo odczuwała boleśnie, jakby ją bił.

- Żałujesz dla mnie pieniędzy? – spytała, wiedząc, że to pytanie prawdopodobnie go rozdrażni. Ale gdyby spytała, czy ją jeszcze kocha, rozdrażniłaby go na pewno.

Wzruszył ramionami.

- Chciałbym po prostu, żebyś się nie nudziła. Nie mogę wychodzić z pracy wcześniej, wiesz o tym dobrze. Świadomość, że nic nie robisz, tylko na mnie czekasz, jest dosyć uciążliwa.

- Przynajmniej o mnie myślisz – wtrąciła.

- To nie są przyjemne myśli – odparł po krótkim milczeniu.

- Nie jest ci przyjemnie, że tęsknię za tobą? Masz mnie już dosyć? Powiedz! – Zapragnęła znów znaleźć się w jego ramionach, ale czując nastrój męża zwalczyła w sobie ten impuls i opadła bezsilnie na krzesło.

- Alino, ty nie rozumiesz… Nie chcę, żebyś cierpiała. I wcale nie chcę cię porzucać. Zresztą teraz, gdy ożeniłem się z tobą, nie byłoby to takie proste – uśmiechnął się do niej, ale zareagowała na ten żart niechętnym pomrukiem. – Wynająłem ten dom dla nas. Dla ciebie i dla mnie, bo chcę z tobą żyć. Wprowadziliśmy się zaledwie tydzień temu, tak się na to cieszyłaś…

- Myślałam, że będziemy razem urządzali mieszkanie, razem pracowali w ogrodzie, ale teraz widzę, że ciebie to nic nie obchodzi. Chyba tylko po to wynająłeś umeblowany dom, żeby od początku móc zostawiać mnie w nim samą! – Nie należało mówić tego, ale nie umiała się powstrzymać.

- Powiedz, Alino, czy nie znalazłoby się coś, co ciebie samą mogłoby zainteresować? Dlaczego musisz wszystko wiązać z moją osobą? Pomyśl czasem o sobie! – pogłaskał ją po głowie. Ten przyjazny, czuły gest zamiast pocieszyć, rozstroił ją tylko, gdyż przypomniał jej, jak rzadko doświadczała go w ostatnich czasach. Pochwyciła dłoń męża, przytuliła ją do policzka.

- Wszystko jest dobrze, jeżeli mnie kochasz. Niczego innego nie potrzebuję – wyznała podnosząc na niego oczy błyszczące od łez.

- Kocham cię, Alino – powiedział poważnie. – Ale odnoszę wrażenie, że robisz wszystko, żeby mi to utrudnić. Nie chcę mieć żony, która jest tylko dodatkiem do mnie, która beze mnie nie potrafi egzystować. Bądź wreszcie kimś! Zaistniej sama! Miej własne życie. Nie mogę i nie chcę ponosić wyłącznej odpowiedzialności za twoje samopoczucie.

Nie odpowiedziała. Otarła oczy i znów stanęła przy oknie. Już i żonkile znikły pod białym przykryciem, ale niebo znów było czyste, a śnieg na podjeździe zaczął nawet tajać. Została w pokoju sama. Słyszała, jak mąż krząta się jeszcze po mieszkaniu. Mył zęby, szczotkował buty i przez dłuższą chwilę hałasował przy garderobie, nie mogąc się widocznie zdecydować, które z wierzchnich okryć najlepiej się nada na ten marcowy dzień. Nie podszedł już do niej i nie odezwał się więcej. Nie zależało mu widać na jej odpowiedzi. Zresztą… cóż nowego mogłaby mu powiedzieć? Usłyszała krótkie, pozbawione uczucia, cześć. Wyszedł. Tak, nie było wątpliwości, ten koszmar znów się zaczął. Słowa, które usłyszała, znała już dobrze także z innych ust. Nie on pierwszy je wypowiedział, więc musiało tkwić w nich chyba ziarenko prawdy. A może trafiała zawsze na niewłaściwych mężczyzn? Nie, Alinka nie łudziła się. W rozmowach, jak ta, odczuwała w sobie jakiś brak, jakieś niedołęstwo, ale ani go nazwać, ani mu zapobiec nie potrafiła. Mogła jedynie cierpieć…

Grad sypnął o szyby, jakby ktoś w niebie otworzył worek z białym grochem. W jednej chwili na gzymsie utworzyła się spora warstwa. Gdy Alinka oderwała od niej wzrok, ujrzała już tylko tył samochodu skręcającego z podjazdu na jezdnię. A na nią czekał cały długi dzień…

Uniosła ramiona w obronnym geście, bojąc się fali rozpaczy, która za chwilę miała ją ogarnąć. On odszedł, została sama. Jeszcze nie na zawsze, ale Alinka nauczyła się rozpoznawać najpierwsze zwiastuny rozpadu. Podobnie ta fala będzie tylko przedsmakiem otchłani, która pochłonie ją kiedyś, gdy już nie będzie powrotu.

… Ale śmiercionośna fala nie nadeszła. Przeciwnie. Alinka doznała czegoś w rodzaju ulgi, jak ktoś, kto wpatrując się w zakratowane okienko swojego więzienia odwróci się i ujrzy nagle drzwi otwarte szeroko na dawno utracony świat. Wyprostowała się, uśmiechnęła.

Życzę ci miłego dnia, powiedziała do majaczącej w głębi auta postaci. Dziś poniedziałek, pewnie będziesz miał dużo roboty. A i mnie uzbierały sią zaległości, pomyślała z przyjemnością, jakby oczekiwały ją same rozrywki. Wyjęła z kieszeni chusteczkę i szybko wysiąkała nos nie pamiętając już o tym, że to nie katar, lecz gorzkie łzy. Od czego by tu zacząć? Lubiła być panią domu. Takiego domu! Odśnieżyć podjazd? Ulubiona zabawa, ale wyczerpująca i zupełnie bezsensowna przy tej pogodzie. Zresztą tyle jest jeszcze do zrobienia w mieszkaniu. W każdym pokoju stosy pudeł czekały na rozpakowanie. Trzeba odczyścić meble, poprać zasłony. Usunąć z kuchni i łazienki resztki brudu po poprzednich lokatorach i ach, tyle jeszcze zajęć! Ale najbardziej, Alina czuła to, jak narkoman, każdą cząstką siebie samej, ciągnęło ją do komputera. Zasiąść przed nim na kilka godzin i pogrążyć się w planowniu ogrodu. Życie przez długie lata oddzielało ją od ziemi, od czarnej płodnej gleby, teraz, gdy przechadzała się po hektarze ogrodu, wydawało jej się, że jest Ewą powracającą do Raju. Wczoraj dopiero przyszedł w poczcie zamówiony program i Alina ciekawa była, czy rzeczywiście jest tak wspaniały i użyteczny, jak zachwalała reklama. A może raczej spotkać się z Juttą, mieszkają teraz tak blisko siebie. Alina zaczęła chodzić po kuchni. Naprawdę trudno na coś się zdecydować. Znów się rozjaśnia, może pojechać na zakupy?

Usiadła przy stole i sięgnęła po filiżankę. Wystygła kawa smakowała paskudnie. On nie umie parzyć porządnej kawy. A ona sama umiała? Może. Nieważne.

Oczywiście nigdzie nie pojedzie. Nie ma potrzeby. W sobotę nakupowali dosyć. Nie, tak naprawdę Alinka na nic nie miała ochoty. Jakby zresztą mogła mieć, pamiętając jednocześnie, że znów ktoś przestaje ją kochać? Nie rozumiała, dlaczego przed chwilą ogarnął ją taki dziwny, nieznany nastrój. Przez moment miała poczucie jakiejś duchowej wolności i niezależności. To było miłe, ale niemożliwe. Jakby pożyczone, jakby nie jej własne…

Tak jakby…

Czyżby?

Tutaj?

_______________________________

Alina Alinka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

~ by alijar on December 30, 2000.