Alina Alinka (9)

Jutta zgodziła się przyjechać natychmiast. Powitał ją zapach piekącego się ciasta, swego rodzaju fajka pokoju. Już w drzwiach przyjaciółki padły sobie w ramiona i Jutta z radością i ulgą przyjęła przeprosiny Aliny. Z wyraźnym zamiarem uwierzenia we wszystko, co mogłoby Alinę usprawiedliwić, wysłuchała wyjaśnień.

Piekąc ciasto Alina ułożyła sobie bajeczkę, którą zamierzała sprzedać Peterowi i Jucie. Wiedziała, że tę dwójkę najbliższych jej ludzi w ciągu ostatnich dni związało wspólne zmartwienie, wobec czego należało podać obojgu dokładnie tę samą wersję, bo na pewno przez jakiś jeszcze czas będą porównywali swoje spostrzeżenia. Wolałaby Jucie wyznać prawdę, ale na to było jeszcze za wcześnie teraz, gdy nie wiedziała jeszcze, jak się jej plan powiedzie. Opowiedziała więc, że jej przedziwne zachowanie ma według lekarza przyczynę w przejściowych zaburzeniach hormonalnych. W wieku Aliny czasami się to zdarza. Do tego mogło dojść przeciążenie psychiczne związane z radykalną zmianą w życiu Aliny, mógł to być jakiś wirus albo wręcz wszystko na raz. Zdaniem lekarza, skłamała z premedytacją, najważniejsze jest, że Alina zdaje sobie sprawę ze swojego nienormalnego zachowania. Nie należy popadać w panikę.

Jutta wyglądała jakby kamień spadł jej z serca. Przyznała, że prowadzili z Peterem regularne konsultacje na temat Aliny. Poradziła w związku z tym, żeby Alina postarała się być dla męża szczególnie miła, bo biedaczysko sam bliski był załamania.

Alina nakryła do stołu w kuchni. Ciasto w piekarniku wyglądało pięknie, ale potrzebowało jeszcze paru minut. Alina otworzyła paczkę herbatników i wysypała je na talerz. Rozlała do kubków kawę. Dolały sobie mleka. Alina zamieszała szybko i przekazała łyżeczkę Jutcie. Juta kochała mieszać. Przyznała się kiedyś, że tylko dlatego pija białą kawę, bo głupio byłoby mieszać czarną bez cukru. Podzwanianie łyżeczki stało się swojskim akompaniamentem poufałych rozmów przyjaciółek.

Alina usiadła na przeciw Jutty. Znowu poczuła znany lekki zawrót głowy i wydało jej się, że wszystko znajduje się w niewłaściwym położeniu. Czyżby znów atak? Co robić? Nie wpadać w panikę, panować nad sobą, nie dać się ponieść uczuciom, pomyślała stanowczo. Ostatnim razem na zawrót głowy pomogła mała zmiana pozycji ciała, więc Alina spróbowała tego triku i teraz. Udało się. Na wszelki wypadek przez moment zastygła bez ruchu, z opuszczoną głową podpartą na dłoniach. Jutta zgodziła się wprawdzie dopiero co, że dziwne zachowania przyjaciółki nie są oznakami poważnej choroby, ale może zmienić zdanie, gdy znów będzie świadkiem ataku.

- Źle się czujesz? – głos Jutty pełen był współczucia.

Zauważyła!

Alina podniosła głowę i spojrzała na przyjaciółkę. Jutta przyglądała się jej z niepokojem. Łyżeczka przestała dzwonić.

- Chodziłaś ostatnio do lekarza. Prawda? Co on ci poradził? – Jutta wyjęła łyżeczkę z kawy i oblizała ją.

Alina drgnęła. To była stalowa łyżeczka, a nie srebrna…

- Weź ciasteczko – powiedziała, żeby zyskać na czasie.

Jutta sięgnęła do talerzyka. Przyglądającej się jej Alinie wydawało się, że przez ułamek sekundy twarz przyjaciółki stała się mniej ostra, jak fotografia, na której ktoś się poruszył. Tak, jakby Jutta rzuciła okiem w stronę kuchenki i jakby tego jednocześnie wcale nie zrobiła.

Teraz Alina spojrzała na piekarnik. Z trudem powstrzymała okrzyk zdumienia. Był pusty! Jednocześnie zdała sobie sprawę z tego, że zapach piekącego się ciasta wywietrzał zupełnie. Widocznie wszystkie zmysły współdziałały ze sobą zgodnie. Jeśli oczy nie widziały ciasta, to i nos nie miał prawa go czuć.

- Nie chcesz o tym rozmawiać? – spytała Jutta.

Owszem, Alina chciała. Po to przecież zaprosiła Juttę, żeby wylać przed nią swe żale. Doktor Aumann uznał, że jest w ciężkiej depresji, a jak ma nie być, skoro Michael

Stop!!! Alina stłumiła w sobie chęć poddania się nastrojowi i pogrążenia się w tej innej rzeczywistości. Czuła instynktownie, że znalazła się na jakimś niewłaściwym torze i że tylko, jeśli postąpi niezgodnie z logiką wydarzeń i własną aktualną potrzebą, może ten tor opuścić. Tak jak wtedy, gdy spoliczkowała Petera/Michaela zamiast pozostać w jego ramionach i pozwolić się zanieść na wino do pawilonu.

Więc zamiast zacząć się zwierzać, wstała od stołu i ruszyła w stronę kuchenki.

- Zauważyłaś, że miałam znów maleńki atak? – spytała siląc się na pogodny ton.

- Miałaś? Kiedy? – usłyszała zdziwione pytanie i jednocześnie poczuła silny zapach gorącej wanilii.

Wyjęła ciasto z piekarnika i wytrząsnęła je z formy na półmisek. Postawiła je przed Juttą i zajęła miejsce na innym niż poprzednio krześle. Krojąc parujący placek stwierdziła, że Jutta kawę znowu srebrną łyżeczką.

- Dopiero co – odpowiedziała. – I to był chyba pierwszy raz, gdy przeżyłam go świadomie i świadomie zakończyłam.

- Nic nie zauważyłam… Czym on się objawiał? – dziwiła się Jutta.

- Możesz mi pomóc – zaproponowała Alina. – Opowiem ci, co czułam, a ty mi powiesz, co widziałaś.

- Dobrze – zgodziła się Jutta.

- Musisz jeszcze wiedzieć, że te wszystkie symptomy, o których ci niedawno opowiadałam, występują jednocześnie. To nie jest tak, że albo mam halucynacje, albo wahnięcia nastroju, albo zawroty głowy. Mam to wszystko na raz. Dopiero dziś to odkryłam. Ale też dopiero dziś zrozumiałam, że choć napada mnie to niespodziewanie, to mogę z własnej woli taki atak zakończyć. Nie rób takiej zatroskanej miny! Nie zwariowałam! Dla mnie najważniejszą sprawą jest to, że mogę mieć nad sobą kontrolę, że nie jestem bezwolną ofiarą.

- I doktor Aumann też uważa, że nie ma się czym przejmować? – spytała Jutta z powątpiewaniem.

- Tak uważa! – skłamała Alina z czystym sumieniem. Była zdania, że wartość terapii zależy od jej skutku, a nie od tego, kto i przy pomocy jakich środków tę terapię stosuje. Jeżeli uda jej się samej przejąć całkowitą kontrolę nad swoją przypadłością, będzie to o wiele więcej warte niż przytłumienie ataków przy pomocy silnych leków psychotropowych.

- No to w porządku – uspokoiła się Jutta. – Więc jak to było z tym atakiem?

- Siadając przy stole poczułam zawrót głowy. O ile dobrze sobie przypominam, tak się zaczynał każdy mój atak. Dziś rano wpadłam na to, co zrobić, żeby to nie trwało długo. Zrobiłam tak i teraz. Wystarczy zmienić trochę pozycję ciała. Pochyliłam głowę oparłam ją na dłoniach. Spytałaś wtedy, czy źle się czuję. Czy coś odpowiedziałam?

- Powiedziałaś, żebym wzięła ciasteczko…

- Ale przedtem…?

- Przedtem…? Nie, przedtem nic nie powiedziałaś. Podniosłaś głowę i popatrzyłaś na mnie, ale odniosłam wrażenie, że słuchasz czegoś w głębi domu. Telefonu…?

- Oblizywałaś łyżeczkę?

- Chyba tak… Nie będę się o to zakładać, ale przyznaję, że mam takie nieeleganckie przyzwyczajenie.

- I co?

- I nic…

- Wzięłaś ciasteczko?

- Wzięłam, ale…

- Ale co? Pamiętasz?

- Pomyślałam, że ciasto powinno już być gotowe.

- Popatrzyłaś w stronę piekarnika, żeby to sprawdzić?

- Nie wiem… Może tak, takie rzeczy robi się odruchowo. Mało spektakularny ten twój atak – powiedziała Jutta, jakby trochę zawiedziona. – Na czym on właściwie polegał? Miałaś jakieś halucynacje?

- Miałam – przyznała Alina. – Ale – zastrzegła się – zdawałam sobie z tego sprawę. Łyżeczka, którą tak nieelegancko oblizywałaś stała się na chwilę stalowa, i ciasto znikło z piekarnika. Przestało też pachnieć.

- Ach!!! I jak dałaś sobie z tym radę?

- To nie wszystko. Wydawało mi się, że pytasz mnie o diagnozę doktora Aumanna i miałam wielką ochotę opowiedzieć ci wszystko. Pytałaś?

- Nie, nie pytałam. Ale powiedz, wolisz teraz przemilczeć, to, co on ci powiedział?

- Nie wolę przemilczeć, tylko nie mam nic do opowiadania. W trakcie ataku natomiast wydawało mi się, że Aumann stwierdził u mnie depresję, że mój mąż, pozwól, że pominę pewne szczegóły, znudził się mną i chce mnie porzucić, jak to już przed nim zrobiło kilku. Co dwa lata! A zaczęło się od Gerbranda. Znasz Gerbranda?

- Gerbranda? Co za dziwne imię. Nie, nie znam Gerbranda… Kiedy to było? Zanim się poznałyśmy?

- Ja też nie znam żadnego Gerbranda. Nie wiem skąd mi się to bierze. W każdym razie, gdy takie myśli mnie opadną, mogę dość łatwo zorientować się, że to jest atak. Jakby do głosu dochodził ktoś inny.

- Ktoś inny? Jak myślisz, czy to coś w rodzaju opętania, czy raczej rozdwojenie jaźni?

- Ciekawe pytanie… – pochwaliła Alina. – Rzeczywiście trzeba się nad tym zastanowić. – Pomilczała chwilę. – Nie, nie potrafię ci teraz odpowiedzieć. Ale mam wrażenie, że warto pójść tym tropem…

*

Peter wrócił do domu wcześniej niż zwykle, a po jego rozpromienionym obliczu Alina poznała, że znów odbyła się konferencja za jej plecami. Tym razem musiała być optymistyczna. Ucieszyła się, że mąż i przyjaciółka przewałkowali już temat. Dzięki temu Peter zadowoli się potwierdzeniem, że informacje przekazane mu przez Juttę są nadal aktualne.

- Wybaczysz? – spytała.

Bez słowa wziął Alinę w ramiona, przytulił mocno do piersi i długo nie wypuszczał z uścisku. Było jej ciasno i niewygodnie, ale zrozumiała, jak bardzo skrzywdziła Petera podejrzewając go o podstępne zamachy. Teraz, gdy uwierzyła, że mąż nie miał nic wspólnego z przedziwnymi stanami w jakie popadała, uzmysłowiła sobie także, że on nie znając jej przywidzeń, nie miał pojęcia, za co go karała. A jednak wytrwał przy niej wierny i cierpliwy.

Zaproponowała wycieczkę rowerami, bo wiosenne popołudnie zapowiadało się ciepłe i bezwietrzne. Peter zgodził się entuzjastycznie. Wyruszyli prawie natychmiast, a kolację postanowili zjeść gdzieś po drodze. Peter zachowywał się jak młody zakochany szczeniak, co Alina przyjmowała z rozczuleniem. Nie mogła wprawdzie odwzajemnić mu się takim samym uczuciem, ale obojgu wspólna była radość z odzyskania utraconego, jak się zdawało, partnera.

Mieli ze sobą mapę okolicy, ale i tak zjechali na manowce. Ściemniało się już, gdy droga leśna, wyraźnie zaznaczona na mapie, zaczęła się najpierw zwężać, by po dwóch kilometrach przeistoczyć się w ścieżkę. Jechali dalej. Po niedługim czasie coraz gęstsze zarośla i zwalone drzewa tarasujące drogę, zmusiły ich do kontynuowania podróży na piechotę. Ziemia pod stopami zaczęła uginać się podejrzanie, coraz częściej trzeba było omijać kałuże. Czasami ścieżka nikła, a gdy ją odnajdywali, nie byli już pewni, czy jest wciąż jeszcze tą samą dróżką, po której posuwali się poprzednio. Wreszcie stwierdzili jednomyślnie, że dawno już powinni byli zawrócić. Przez jakiś czas spierali się, czy warto teraz jeszcze spróbować, aż przeważyło zdanie Petera. Uważał, że znajdowali się już bardzo blisko celu, mogli więc ruszyć do niego na przełaj przez las, kierując się tylko stronami świata. Gdy po następnej półgodzinie skruszony Peter przyznał, że nie miał racji, nie dało się już nic odkręcić. Stanęli na maleńkim wzniesieniu u stóp dużego dębu. Już po chwili nie potrafili powiedzieć, z których krzaków wychynęli na tę miniaturową, mieszczącą się pod koroną drzewa, polankę, gdyż wszystkie otaczały ich gęstym, zwartym murem. Na mapę nie patrzyli już dawno, conajmniej od godziny było na to zbyt ciemno.

- Wdepnęłam po kostkę w błoto – powiedziała Alina.

- A ja jedną nogą po kostkę, a drugą po kolano – odpowiedział. – I coś mi łazi w spodniach – pochwalił się.

- To może być kleszcz – domyśliła się Alina. – Też tak raz miałam. Najpierw długo łaził, bo szukał sobie miejsca, aż wreszcie się wgryzł. Jak go znalazłam był już wielki jak paznokieć. Dostałam histerii z obrzydzenia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam na szczęście o chorobach przenoszonych przez kleszcze.

- To dlaczego nie strzepnęłaś go wtedy, gdy łaził, zanim się wgryzł?

- Jakoś nie pomyślałam. Drapałam się tylko.

- No wiesz! – oburzył się Peter – To dosyć lekkomyślnie!

- Co ty powiesz? – uśmiechnęła się ironicznie – A ty nie jesteś lekkomyślny? Przecież też ci łazi i nic nie robisz, tylko się drapiesz…

Porównanie nie chybiło celu. W jednej chwili Peter ściągnął spodnie. Otrzepał i obmacał nogi, spodnie przewrócił na lewą stronę i też dokładnie je otrzepał. Usiadł pod dębem.

- Chyba musimy tu zostać, aż się rozjaśni – powiedział. – Powiem ci szczerze, że nawet w przybliżeniu nie wiem, gdzie jest która strona świata.

Alina przysiadła się do niego.

- Przepadam za wycieczkami z tobą – powiedziała opierając się o pień. – Na codzień jesteś całkiem zwyczajny, ale na wycieczkach prawie zawsze potrafisz wmanewrować nas w sytuacje bez wyjścia.

- Które z tych stwierdzeń miało być komplementem? – spytał z przekąsem.

- Oba!- odpowiedziała z przekonaniem. – Kocham cię za to, że mogę z tobą prowadzić spokojne i solidne życie, i jestem szczęśliwa, że od czasu do czasu zaspokajasz moją potrzebę przygody.

Przytuleni do siebie, zawinięci w związane rękawami kurtki czekali świtu. Wsłuchiwali się z miłym dreszczykiem w nieznane odgłosy nocnego lasu, jakieś trzaski i szelesty, wołania ptaków, a może żab, pohukiwania, pochrząkiwania i stuki. Mówili mało, najwyżej o naturze, lesie i wycieczkach. Nie wspominali, nie roztrząsali zdarzeń ostatnich dni.

_______________________________

Alina Alinka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

~ by alijar on December 30, 2000.