Alina Alinka (7)
Następny tydzień minął w dość ponurej atmosferze. Alina unikała Petera. Nie bała się go jeszcze, gdyby tak było wyprowadziłaby się z domu, ale wolała ograniczyć jego wpływ na siebie i nie dawać mu okazji do kolejnych zamachów. Czekała na wyniki analiz doktora Aumanna. Nie miała wątpliwości, że coś się znajdzie. Wyniosła się z małżeńskiej sypialni do jednego z pokojów gościnnych i dzięki temu przynajmniej noce miała spokojne. Nie lunatykowała. W zastawiane wieczorem na samą siebie pułapki wpadała dopiero rano w drodze do łazienki. Zajmowała się domem, gotowała dla Petera, prała i prasowała jego koszule, ale nigdy nie siadła z nim do stołu. Jadała i piła tylko to, co sama kupiła i co przechowywała w kryjówce w piwnicy. Odrzucała stanowczo każdą propozycję Petera dotyczącą wspólnego spędzania czasu. Od kiedy pilnowała swojego jedzenia, od kiedy trzymała się od Petera i Jutty z daleka, czuła się lepiej.
Peter sprawiał wrażenie, czy może tylko grał rolę kogoś, kogo spotkał ciężki, niespodziewany cios. Wodził za Aliną nieskończenie smutnym spojrzeniem, czasem zwracał się do niej w sposób łagodny i czuły. Obserwowała go kiedyś, gdy przed wieczorem sam poczłapał do altany. Był tak zgarbiony, zapadnięty w sobie, przybity, że Alina z trudem stłumiła ochotę dogonienia go i pocieszenia. Raz nawet dała się ponieść uczuciu i gdy ogarnęła ją tęsknota za mężem, zapomniała o wszystkim, co złe i biegała po domu szukając go. Mieszkanie bez niego wydawało jej się szare i puste. W bibliotece zauważyła, że Peter zmienił tapetę na identyczną, jaka była tam przedtem. Zrobił to cicho i szybko, pewnie, żeby Alinę ułagodzić, i nawet się tym nie pochwalił. Ale jego akcja minęła się z celem. Alina zatrzasnęła drzwi biblioteki i odeszła rozgniewana na te poddańcze gesty mające zakamuflować prawdziwe zamiary męża.
Od tego zdarzenia Alina trwała niezachwianie na raz wytyczonej sobie ścieżce, bo wszystko dowodziło według jej mniemania jasno, że Peter nadal prowadził przeciwko niej podstępną batalię.
Raz czy drugi Peter spróbował jeszcze sztuczek ze sztućcami i z firanką, ale wtedy Alina reagowała ofensywnie. Mówiła mężowi wprost, że zauważyła brak i groziła wezwaniem policji, jeżeli on natychmiast nie doprowadzi tego do porządku. Pomagało. Peter odgrywał wprawdzie niewiniątko, ale zagubione przedmioty odnajdywały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zmusiła także Petera, żeby wstawił z powrotem do altany drewniane leżanki. Miał czelność twierdzić, że o niczym nie wie i aby podtrzymać tę wersję udał, że dopiero teraz je kupuje. Przywiózł je samochodem. Alina domyśliła się wówczas, że ukrywał je u siebie w biurze, obawiając się słusznie, że w domowych kryjówkach Alina wyznaje się dużo lepiej od niego.
Raz jednak udało mu się porządnie ją nastraszyć. Alina po raz pierwszy od tamtej niespokojnej nocy poszła do pokoiku za stryszkiem. Nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego to zrobiła, poza tym, że jakaś potrzeba, jakby dawny nałóg, odezwał się w niej i nękając ją coraz bardziej, koncentrował na sobie uwagę.
Przeszła przez zagracony lamus, zeszła po zakurzonych schodkach i wreszcie zamknęła za sobą drzwi dusznego pomieszczenia. Przeszedł ją dreszcz zadowolenia, ale tylko w pierwszej chwili. Zaraz potem ogarnął ją smutek i poczucie beznadziei… Nie zdążyła się jeszcze zastanowić nad tym, co działo się w jej duszy, gdy usłyszała na schodach prędkie kroki, drzwi rozwarły się i na progu stanął jej mąż. Rozejrzał się po małej klitce i, podobnie jak kiedyś Jutta, wyjrzał przez okienko.
- A więc to tu uciekasz ciągle, Alino, zaszywasz się na całe godziny, gdy jestem w pracy – powiedział. – Mamy taki wielki dom, a ty nie potrafiłaś znaleźć w nim sobie lepszego miejsca! Wiesz o czym to świadczy? O braku poczucia własnej wartości.
Nie odpowiadała. Patrzyła na niego przerażona. Przed nią stał Michael! A jednak, Alina czuła to wyraźnie, ten człowiek był jej mężem! Jak on to robił?
- Nie patrz na mnie, jakbym cię zbił – powiedział łagodniej. – Zrozum, ja nie krzyczę na ciebie. Ja tylko czuję się taki bezradny… Gdy jesteśmy razem, gdy jestem przy tobie, potrafisz być taka czarująca, taka cudowna. Ale beze mnie nie dajesz sobie z życiem rady.
- Bez ciebie jestem niczym… – wyznała smutno. Co ja mówię?! myślała. Z kim ja rozmawiam? I właściwie o czym!?
- Chodź – powiedział obejmując ją i wyprowadzając z pokoiku.
Poddała mu się bezwolnie. U podnóża schodków Peter/Michael(!?) wziął Alinę na ręce. Objęła go za szyję i wtuliła twarz w jego ramię. Tak było dobrze… Gdy on przejmował prowadzenie i odpowiedzialność, gdy był przy tym czuły i dobry, Alina nie pragnęła niczego więcej. Dlaczego nie mogłoby być tak zawsze..? Płaciła przecież za to hojnie miłością… Ale im to nie wystarczało… Prędzej czy później, każdy odrzucał ją jak uciężliwy balast… Gerbrand był pierwszy… Tak, to od Gerbranda się zaczęło…
- Przygotowałem wino w pawilonie – usłyszała i otwarłszy oczy zorientowała się, że wyszli już z domu, i że Michael niesie ją przez ogród.
W jednej chwili wyszarpnęła się z jego ramion. Z całej siły uderzyła go w twarz. Peter, tak to b y ł Peter, chwycił się za policzek. Był przestraszony. Alina zauważyła cienką strużkę krwi płynącą z nosa.
- Trzymaj się ode mnie z daleka!!! – wrzasnęła – Albo… – wyraz czułości i zmartwienia, którym najwyraźniej starał się ją ciągle jeszcze zmylić, jątrzył dodatkowo jej furię. – Albo zabiję cię!!!
Dysząc wściekłością pobiegła do domu. Przy wejściu na taras odwróciła się. Stał ciągle jeszcze tam, gdzie go zostawiła.
- Sam sobie pij truciznę, zbrodniarzu! – zawołała.
Zamknęła się w swoim nowym pokoju. Podeszła do okna. Widziała stąd Petera. Trzymał przy nosie chusteczkę. Dobrze mu tak. Powoli poszedł do altanki. Poczłapał, powlókł się… Dobrze wie, że go obserwuję, pomyślała, gdy znikł we wnętrzu. Nie zabawił tam długo. Wyszedł i skierował się w stronę domu. Musiał przejść pod jej oknem, bo widać zdecydował się skorzystać z drzwi kuchennych. Zrozumiała, dlaczego wybrał tę właśnie drogę. Alina miała zobaczyć, że zabrał z altany nie wino, lecz piwo. Nie opanował się i mijając jej okno podniósł na nią wzrok. Z kamienną twarzą odczekała, aż wszedł do mieszkania, i wtedy otworzyła okno i wyskoczyła z wysokiego parteru. Stary bukszpan zamortyzował upadek, ale pobrał zapłatę drapiąc do krwi jej nogi. Pobiegła prosto do pawilonu. Spodziewała się znaleźć wino, o którym wspominał Peter, ale stolik pomiędzy leżankami był pusty. Zajrzała pod leżanki, obeszła budowlę dookoła i podniosła deski na sadzawce. Niczego nie znalazła. Dopiero wtedy zrozumiała, że wina od początku tu nie było, ona miała tylko uwierzyć, że Peter je przygotował, z góry zaplanował i ten punkt programu.
Wróciła do domu przez drzwi. Peter, którego zobaczyła siedzącego w pokoju z kominkiem, obrzucił ją zdumionym spojrzeniem, ale nic nie powiedział.
*
Alina wyciągnęła zawieszony na rzemieniu klucz, który od tygodnia nosiła stale na szyi i otworzyła nim ciężką, dębową szafę. Najpierw sprawdziła oczywiście, czy włos, który przytrzasnęła drzwiami, wisiał w szparze nadal na długość dokładnie trzech centymetrów. Wisiał. Peter nie dobrał się jeszcze do jej zapasów. W szafie stał elektryczny półlitrowy czajnik, kilka butelek wody mineralnej, herbata ekspresowa i herbatniki. Alina przyrządziła sobie podwieczorek.
Była oburzona na Petera, że odważył się na całe to przedstawienie, że znów próbował zaaplikować jej truciznę. Po zastanowieniu musiała przyznać, że wszystko zaczęło się bez Petera, od momentu, gdy weszła do pokoiku pod lamusem. On poszedł za nią, zauważył, że Alina znów miała atak i wykorzystał okazję. Ale co mogło być przyczyną tego pierwszego od tygodnia ataku? Przecież od kilku już dni Alina nie tknęła żadnej niepewnej potrawy, nawet zęby myła wodą mineralną. Zatrute powietrze? Trucizna rozpylona w miejscach, gdzie Alina często przebywała?
Gdzie często i chętnie przebywała… Od tygodnia Alina nie tylko żywiła się sama, ale unikała także pomieszczeń, których dotychczas wspólnie z Peterem używali: sypialni, biblioteki, pokoju śniadaniowego, kuchni i łazienki. W efekcie nie miała halucynacji ani innego rodzaju ataków. Logiczne. Dopiero dziś. A więc Peter wiedział o izdebce pod strychem, miał nadzieję, że Alina kiedyś tam pójdzie i tam właśnie przygotował na nią zasadzkę – rozpylił w powietrzu truciznę! Dziś udawał tylko, że zobaczył pokoik po raz pierwszy… Ach, jak szybko starał się stamtąd wyjść, żeby samemu za dużo nie wetchnąć!
Nie, Alina nie była zadowolona z tego wytłumaczenia. Przy staranniejszej analizie jego logiczność okazywała się pozorna. Trucizny aplikowane ofiarom drogą powietrzną dają się źle kontrolować. Dowiodła tego historia gazów bojowych. Podmuch wiatru – i z napastnika stajesz się ofiarą. Załóżmy jednak, że ściany i podłoga w pokoiku przesycone zostały tak niewielką ilością trucizny, że aby wywołać halucynacje, potrzebny był długi czas. Peter nie narażał się więc wchodząc tu na chwilę. No tak, ale jednak, Alina pamiętała to dobrze, jej atak zaczął się natychmiast, ledwo przestąpiła próg. Może minione tygodnie uzależniły ją od narkotyku i teraz wystarczyła maleńka dawka, by wywołać pełny efekt? Czy to coś niewytłumaczalnego, co zmusiło ją do odwiedzenia tego zakątka było nałogiem?
Nagle Alina doznała olśnienia. Przypomniała sobie pewien artykuł o LSD. Charakterystyczne dla tego narkotyku są niespodziewane nawroty halucynacji po dłuższym nawet czasie. LSD, albo coś w tym rodzaju… Najważniejsze, że gdy Aumann pobierał jej krew, stężenie trucizny musiało być jeszcze bardzo duże. Doktor bez trudu zidentyfikuje narkotyk.
To już jutro.
_______________________________
