Alina Alinka (5)
Sama natomiast miała noc niespokojną. Straszliwe podejrzenie nie pozwalało jej zasnąć mimo zmęczenia. Mózg jej produkował nieustannie to nowe dowody winy Petera, to znów argumenty uniewinniające go. Gdy Alina wyczerpana intensywną pracą umysłową zapadała czasem w krótki sen, podświadomość natychmiast przejmowała pałeczkę i prezentowała jej w snach tak potworne wizje, że Alina zrywała się przerażona i drżąca. Musiała wtedy całym wysiłkiem woli walczyć z przemożną i niezrozumiałą potrzebą ucieczki do małej izdebki pod północnym strychem. Kilka razy sen mieszał się nawet z rzeczywistością, a wtedy Alinie wydawało się, że stoi już tam, w tym ciepłym, dusznym pomieszczeniu i szlochając w bezradnej rozpaczy wygląda przez brudne okienko na ciemne, lśniące wilgocią chaszcze.
Ktoś tam stał, kobieta w białej szacie, równie bezradna, jak ona, tak jak i ona wzburzona czymś i zaniepokojona. Alina przycisnęła twarz do szyby, aby lepiej widzieć. Wtedy tamta kobieta zauważyła ją także, i wbiła w nią wzrok, w którym Alina wyczytała niedowierzanie i współczucie jednocześnie. Otworzyła okienko – poszło łatwo, inaczej niż za pierwszym razem. Wtedy szarpała się z nim długo, a potem patrzyła w dół, wzdłuż stromej ściany na omszałe kamienie, leżące przy podmurówce i zastanawiała się, czy mogłaby się zabić, gdyby wychyliła się zanadto i wypadła. Teraz nie myślała o samobójstwie. Teraz żałowała tylko, że wysokość nie do przebycia dzieli ją od tamtej, która w czułym geście wyciągała do niej ramiona…
Gdy o wczesnej godzinie odezwał się budzik, jego dźwięk wyrwał Alinę z pierwszego względnie spokojnego snu. Natychmiast uciszyła brzęczenie. Peter nie powinien się zbudzić. Nie wiedział ani o wizycie Aliny u Aumanna, ani o tym, że dziś jego ofiara miała zamiar dać krew do analizy. Nie powinien więc zauważyć, że Alina nie będzie jadła śniadania. Spojrzała na pogrążonego we śnie męża i serce skurczyło jej się z żalu. Wyglądał tak zwyczajnie, tak poczciwie, jak zawsze… W tejże sekundzie przypomniała sobie wszystkie lata przeżyte z nim w przyjaźni, głębokie zaufanie, którym go zawsze darzyła, przeświadczenie, że wspólnie przejdą przez życie. Dlaczego więc? Dlaczego on przekreślił wszystko i odrzucił? Dlatego tylko, bo jak podejrzewa, zakochała się w innym? Czy nie prościej byłoby ją o to zapytać? Znali się przecież i rozumieli dobrze. Tak uważała do niedawna. Czyżby jednak z jego punktu widzenia ich związek przedstawiał się inaczej? Może to tylko ona dostawała w nim wszystko co chciała? Może stłamsiła Peterowi osobowość, zdominowała go tak, że biedak nie widział innego rozwiązania, jak tylko pozbyć się jej? I to nie przez rozwód, zwykłe rozstanie. No bo rzeczywiście, czy pozwoliłaby mu odejść, gdyby szczerze wyznał, że życie, które wiodą nie zadowala go? Raczej nie… Prawdopodobnie zrobiłaby wszystko, aby wykazać mu, że się myli, a on poddałby się wreszcie jej argumentom, potulnie jak zawsze. Tak, Alina zawsze przeprowadzała to, co chciała. I w drobiazgach, i w poważniejszych sprawach. Zezwalała mu na indywidualność tylko do pewnych granic… W jednej chwili podstępne zachowanie Petera stało się zrozumiałe. Może starał się już wcześniej oswobodzić spod jej wpływu, może próbował innych, mniej drastycznych metod, lecz silna osobowość Aliny zwyciężała zbyt łatwo. Alina nawet nie zauważała jego wysiłków. Teraz do cierpień z powodu niewoli doszła jeszcze zazdrość o urojonego rywala. Dopiero to dało Peterowi siłę potrzebną do użycia radykalniejszej broni. Żeby się od Aliny uwolnić, musiał ją zniszczyć! Rozkojarzyć, osłabić, wpędzić w szaleństwo… Czy poprzestanie na tym? Czy może uzna za konieczne zabić ją na koniec?
Och, ty głupi głuptasie szepnęła cicho i potarmosiła go za włosy. Nie, nie potrafiła bać się tego Petera. Przyglądała mu się, gdy zaczynał się budzić. Uniósł z lekka jedną powiekę, potem drugą, wreszcie ziewnął szeroko, zamykając jednocześnie oczy i spytał:
- Trzeba wstawać?
- Śpij jeszcze.
Peter natychmiast wykonał polecenie.
Widzisz? powiedziała do niego w duchu. Trzeba było się obruszyć, że niepotrzebnie cię budzę. Za łatwo dajesz sobą kierować. Sam jesteś sobie winny.
Alina odrzuciła kołdrę i spuściła nogi z łóżka. Jej stopy szukające po omacku nie znalazły kapci, więc pochyliła się, by zajrzeć pod łóżko. Oniemiała. Nigdy jeszcze nie zdarzyło jej się pójść spać z tak brudnymi nogami! W jednej chwili przypomniała sobie jedyny sen dzisiejszej nocy, który pozostał w jej pamięci. Ona w izdebce z okienkiem i tamta druga w ogrodzie wśród krzewów. Ta kobieta w białej szacie… W białej szacie? W koszuli nocnej…!
Rzeczywiście ślady mówiły same za siebie. Suchy już, ale pobrudzony ziemią dół koszuli, upstrzony źdźbłami zeszłorocznych traw, opowiadała historię nocnych wycieczek. Zanim Alina zdążyła się zastanowić, wyskoczyła z łóżka i przebiegła przez dom. Drzwi wejściowe zastała otwarte, na progu znalazła jeden z domowych papuci. Zawróciła nie sprawdzając już dalej tego tropu i pobiegła na północny strych. Tu, u szczytu schodków odnalazła drugą zgubę od pary. Z dołu ciągnęło chłodem. Okienko stało otworem, jak we śnie. Alina miała w pamięci jedną tylko próbę otwierania go na jawie, gdy bezskutecznie szarpała klamkę za pierwszym swoim pobytem w pokoiku. Wspomnienie, które pojawiło się we śnie o otwieraniu okna i o związanych z tym samobójczych fantazjach, nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Wychyliła się. W dole, na miękkiej po deszczu ziemi bez trudu odkryła ślady własnych, bosych stóp. Wspomnienie snu powróciło z nagłym impetem i tak intensywne, jak gdyby było realnym zdarzeniem. Była zagubiona i rozkojarzona, cierpiała i współczuła, szukała ratunku i równie gwałtownie pragnęła pomagać i koić. Wyciągnęła ręce do wspomnienia postaci ze snu, postaci w koszuli nocnej i uświadomiwszy sobie, że sama tą postacią była, rozpłakała się rozpaczliwie.
*
- Alino! – usłyszała głos męża od strony ogrodu. Wołał wychylony widocznie z okna kuchni. – Gdzie jesteś?
Otarła łzy i wysiąkała nos, ale zdawała sobie sprawę z tego, że twarz nadal ma zapuchniętą i zaczerwienioną od płaczu. W tym stanie nie mogła pokazać się Michaelowi.
- Tu jestem! – zawołała w odpowiedzi i miała jednocześnie nadzieję, że Michael nie zorientuje się, gdzie ona przebywała. Wolała, żeby nie wiedział o małej izdebce pod strychem, ani o godzinach, które tam spędzała wypatrując go i tęskniąc. Zatrzasnęła okienko, przebiegła stryszek i tylnymi schodami wymknęła się do ogrodu. Poranne powietrze przyjemnie chłodziło jej twarz. Nie spieszyła się. Weszła do domu frontowymi drzwiami akurat w chwili, gdy mąż przemierzał hol w drodze z kuchni do łazienki. Na jej widok zatrzymał się przy schodach. Alina ociągała się z zamknięciem drzwi, licząc na to, że jasny prostokąt za jej plecami odwróci uwagę Michaela od jej spłakanej twarzy.
- A… jesteś – powiedział. – Jeszcze się nie ubrałaś? No, nie ważne… Co to ja chciałem? Aha. Dostałem wczoraj rachunek od Aumanna. Nie wiedziałem, że byłaś u lekarza. Jesteś chora?
Milczała.
- No, dobrze – zgodził się. – To twoja sprawa. Chciałbym tylko, żebyś ten rachunek przejrzała, leży u mnie na biurku, i powiedziała mi, czy on rzeczywiście przeprowadził te wszystkie badania. Obawiam się, że ubezpieczalnia nie będzie chciała pokryć niektórych kosztów. Wiesz Alino, wolałbym, żebyś nie pozwalała sobie zawsze wszystkiego wcisnąć. Lekarze chętnie robią badania, często zupełnie zbędne. A potem dziwimy się, że ubezpieczalnie podwyższają stawki. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, spytał: – Co robisz dzisiaj?
- Nic… – wyrwało jej się i natychmiast wiedziała, że wybrała najgorszą z możliwych odpowiedzi. Michael chciał, żeby Alina planowała swoje dni, żeby nigdy nie brakowało jej zajęcia, żeby chociaż bardziej sumiennie spełniała swoje domowe obowiązki.
Westchnął, wzruszył ramionami i zaczął wchodzić na schody.
- Zrobiłem kawę – powiedział jeszcze – ale nie ma białego pieczywa… – zabrzmiało to jak wyrzut. – Nie czekałem na ciebie, bo dziś muszę być trochę wcześniej w pracy. Klein podpisuje umowę.
Alina zajrzała na chwilę do kuchni, ale nie miała zamiaru jeść. Odczekiwała tylko, aż Michael zniknie za drzwiami łazienki, żeby znów cichcem przemknąć się do swojego azylu, skąd mogła długo odprowadzać wzrokiem jego samochód. Nasłuchując pod drzwiami odkryła mimochodem, że Michael używał stalowych sztućców i stalowy także nóż położył koło jej nakrycia.
Właściwie, o ile dobrze pamiętam, pomyślała, nie mamy wcale srebra…
*
Zielone Audi znikło wreszcie za pierwszymi budynkami w miasteczku. Raz… dwa… trzy… – Alina zaczęła odliczać sekundy. Za jakieś trzydzieści sekund auto pojawi się znowu na chwilę na skrzyżowaniu przed stacją benzynową. Jeżeli Michael zatrzyma się na stacji, Alina będzie mogła przez dalszą chwilę oglądać jego niewyraźną sylwetkę. Ale potem zostanie w końcu sama na cały długi dzień… Michael zabronił jej dzwonić do siebie bez ważniejszego powodu.
Pogoda po wczorajszej burzy nie poprawiła się. Nie padało już wprawdzie, ale temperatura spadła, a powietrze przesiąknięte było wilgocią. Szare chmury zasnuwały niebo. Alina poczuła, że marznie. Nic dziwnego, w tej cieniutkiej nocnej koszuli i boso, pomyślała. Machinalnie spojrzała na swoje brudne nogi i nagle przypomniała sobie wszystko. Wczorajszy wieczór w świątyni Słońca, niespokojną noc, niepokojący i tajemniczy sen, który mimo przebudzenia trwał chyba do tej chwili! Jak mogła tak długo pozostawać w tym stanie?! Zadrżała z oburzenia i zgrozy. Peter! Czyżby zwiększał dawki trucizny, czy może to ona stawała się coraz bardziej podatna na jej działanie?
Odstąpiła na krok od okna, aby móc je zamknąć, i zastanowił ją wewnętrzny opór, który musiała w sobie przemóc. Nie chciała zamykać okna! Nie chciała od niego odchodzić! Wolała pozostać tu i cierpieć, zamiast stawić czoła nie tylko tej ponurej zagadce, która oplątała ją i Petera, ale nawet i zwyczajnemu życiu. Na nic nie miała ochoty, nic jej nie pociągało, wszystko było ponad jej siły. Przemogła się jednak. Coś szarpało się w niej, walczyło. Gdy z trudem odrywała dłonie od parapetu, czuła się tak, jakby siedząc w łodzi ratunkowej odrywała dłonie rozbitka od burty. Zdawało jej się, że dusza w niej rozdziera się i płacze. Zebrała wszyskie siły woli i wykonała zamiar. Opuściła izdebkę przygotowana do dalszej walki z własną niemocą, ale płacz, który wzbierał w niej przy oknie, opuścił ją w tym samym momencie. Alina poczuła się wolna.
Trzeźwo i spokojnie analizowała swój problem, podczas gdy brała prysznic i ubierała się w łazience. Peter truł ją, co do tego nie miała już wątpliwości. Ostatnią dawkę narkotyku dostała chyba przy kolacji. Jedli zapiekankę, a tę potrawę Alina piekła zawsze w dwóch naczyniach, w błękitnej miseczce Petera i w swojej, zielonej. Dla każdego osobno. Wczoraj przygotowywała ją zanim jeszcze poszła do lekarza, więc Peter miał dosyć czasu, żeby dosypać czegoś Alinie i nie obawiać się, że sam się przy okazji podtruje. Może porcja wydawała mu się za duża i bojąc się, że Alina wszystkiego nie zje, sypnął dla pewności hojną garścią? W każdym razie efekt przekroczył wszystkie dotychczasowe. Ile to godzin trwało? Alina policzyła. Osiemnaście! Tak długiego ataku nie miała jeszcze nigdy! Organizm bronił się, bywały jaśniejsze momenty, ten na przykład, w którym zdała sobie sprawę z tego, że nazwała Petera Michaelem. Alina niespodzianie uświadomiła sobie, że dziś przez cały ranek nazywała tak w myślach męża i aż zachłysnęła się ze zdziwienia, że zauważyła to dopiero teraz. Nie zdążyła jeszcze przetrawić tego wstrząsu, a już doznała następnego. Obraz męża, jaki jej pamięć utrwaliła dzisiejszego ranka, pasował do tego imienia. Peter wyglądał dziś jak Michael!
Ubrana już i gotowa do wyjścia, Alina zrobiła ostatni obchód, chcąc sprawdzić kilka niepewnych punktów. Z rezygnacją przyjęła wyniki tej wycieczki, bo potwierdziły one jedynie jej domysły, nie wnosząc nic nowego. Na biurku Petera nie znalazła rachunku od Aumanna, który Michael kazał jej sprawdzić. Oczywiście. Była u lekarza dopiero wczoraj. W kuchni zastała srebrne sztućce na swoim miejscu. Jasne, Peter widział, jak szła do kuchni, założył, że zauważyła ich brak, więc gdy ona stała przy oknie w pokoiku, spokojnie sprzątnął stalowe noże i łyżeczki, a na ich miejsce położył srebrne. A może znikanie sreber stanowiło osobisty wkład jej otumanionego mózgu w tę zabawę? Peter ani razu nie zagadnął jej o to, ani razu nie podjął tematu. Jak mogła patrząc dziś na stalowe noże przypomnieć sobie, że nigdy nie posiadali sreber? Ale nawet, jeśli znikanie sztućców było tylko przywidzeniem, niczego to nie zmieniało, nie uniewinniało Petera. Karmił ją narkotykami, a ona pod ich wpływem widziała srebro zamiast stali. Postanowiła traktować ów fenomen jak wskaźnik. Są srebra – wszystko w porządku. Nie ma ich – atak. Na zakończenie Alina odwiedziła jeszcze pawilon w ogrodzie. Kapsle nadal leżały na podłodze, leżanek, ani kieliszków nie było, basenik zasłaniały równo poukładane deski. Alina uniosła je, ale wewnątrz nie znalazła niczego. Obejrzała się. Trawa dookoła srebrzyła się kropelkami rosy i tylko jedne ślady, jej własne, szpeciły ten naturalny dywan.
_______________________________
