Alina Alinka (4)

Altana, czyli pawilon wznoszący się malowniczo na pagórku, w słonecznej, dalszej części ogrodu, sprawiał wrażenie jakby lada chwila miał się rozsypać w gruzy. Z tego właśnie powodu przez pierwsze tygodnie Alina i Peter woleli zachwycać się nim z daleka. Przy okazji remontu pokoju śniadaniowego zasięgneli opinii inżyniera z firmy budowlanej, a ten uśmierzył ich obawy. Stwierdził autorytatywnie, że pawilon został już zbudowany jako solidna ruina, podobnie jak murek tarasu. Dachówki trochę poluzowane i zmurszałe drewniane kratownice w otworach okiennych nie powinny stanowić większego zagrożenia, jeśli nie zacznie się chodzić po jednych, ani wdrapywać po drugich. Dopóki państwo nie mają dzieci, powiedział, nie ma się czym przejmować.

Gdy nastały pierwsze prawdziwie ciepłe dni Alina i Peter zaczęli korzystać wieczorami z pawilonu. Altanka była w słońcu o każdej porze dnia, dzięki czemu jej mury nagrzewały się przyjemnie. Z powodu tego szczególnego usytuowannia Alina nazwała ją Świątynia Słońca. Także i teraz słońce, choć stało już nisko, nadal oświetlało budowlę. Peter niósł butelki z piwem, Alina koc, chwycony w ostatniej chwili, żeby mieli na czym usiąść. Przed wejściem okrążyli pusty jeszcze basen, w którym Alina zamierzała chodować lilie wodne i złote rybki, i weszli do środka.

- Och! Co za niespodzianka! – wykrzyknęła Alina na nieoczekiwany widok umeblowania: dwóch palisandrowych leżanek i składanego stolika do kompletu. – Skąd wiedziałeś, że o tym marzę?

- Bo mi to sama powiedziałaś…

- Nie powiedziałam – zaprzeczyła.

Wzruszył ramionami.

- Kiedy je przywiozłeś? Kiedy je tu wstawiłeś? – spytała.

- Jak zamknęłaś oczy – odpowiedział ironicznie. – Widziałem, że stałaś w oknie.

- Ależ kochany, ja naprawdę o niczym nie wiem… Powiedz… – urwała nagle, bo zrozumiała, że Peter przywiózł meble, gdy ona odwiedzała doktora Aumanna. Jakieś złudzenie optyczne wziął za nią, stojącą w oknie. Dobrze, niech będzie. – Widocznie patrzyłam w inną stronę – zgodziła się i usiadła na jednej z leżanek. – Cudownie… – wyciągnęła się i zamknęła oczy.

Łąkę, pośrodku której stał pawilon, otaczały krzaki bzu. Łagodne przedwieczorne podmuchy przynosiły ze sobą fale aromatu. To pewnie ten odurzający zapach przyprawiał Alinę o zawrót głowy. W tym ogrodzie, sadzonym kilkadziesiąt lat temu wszystko było jeszcze prawdziwe, kwiaty pachniały. Nie tak jak teraz, w bezwonnej erze przerasowanych wizualnie hybrydów. Słyszała, jak Peter sadowi się na leżance obok, jak z brzękiem stawia i przestawia coś na stoliku. Jaki on kochany, że mimo nawału pracy myśli o tym, by zaspokoić jej nie wypowiadane nawet życzenia. Ale, czy rzeczywiście nie wspomniała nigdy o drewnianej leżance? Może kiedyś, jeszcze zanim się tu sprowadzili, oglądali meble ogrodowe w jakimś prospekcie i Alina wyraziła swój zachwyt. Wtedy nie mieli ogrodu, a nawet gdyby mieli, nie stać by ich było na takie luksusy, nic dziwnego, że nie pamiętała. Ale on nie zapomniał… Kochany… Kochany… Kochany… Powtórzyła to słowo w myśli kilka razy, lecz za każdym razem czuła, jak wbrew chęciom coraz bardziej w jego treść wątpiła. Właśnie. Bo dlaczego on, mimo zapracowania, robił jej taką niespodziankę? I do tego tak kosztowną! Nie jakieś plastyki ogrodowe, tylko od razu palisander! Czyżby miał wyrzuty sumienia? Dlaczego? Alina znała tylko jedną odpowiedź. Mąż przestawał ją kochać i aby zmylić zarówno ją jak i siebie samego udawał miłość i przypominał sobie jakieś jej prastare życzenia. Prawdziwa miłość nie potrzebuje drogich prezentów. Wystarczyłby drobiazg… Wystarczyłoby plastykowe krzesło. Trzeba go spytać… Nie!!! Za nic. Nie będzie go pytać. Niech on myśli, że udało mu się Alinę zmylić, że ona wierzy jeszcze w jego miłość, że mu ufa. On chyba nie odważyłby się jej wtedy porzucić? A może powiedzieć mu o wizycie u lekarza? Aumann stwierdził wprawdzie, że organicznie niczego jej nie brakowało, ale był pełen współczucia, radził zwrócić się psychologa. Powiedział, że depresje należy leczyć. Peter nie zostawiłby chyba żony samej, nie naraziłby jej na stres rozstania, gdyby się dowiedział, że Alina była chora. Musiałby brać pod uwagę możliwość wpędzenia jej w jeszcze gorszy stan. Niestety mężczyźni, którzy raz powzięli zamiar porzucenia Aliny nie cofali się nigdy. Znała to aż za dobrze z doświadczenia. Przeżywała to z tragicznie nudną regularnością. Nic nie było w stanie zmiękczyć ich serc. Ani łzy, ani obietnice. Samobójstwo… Tak, samobójstwo mogłoby być wyjściem. Alinę bolało już teraz przeczucie osamotnienie, które się na nią zwali jak płonący dom, gdy znów zostanie porzucona, odepchnięta, nie chciana. Myśl o samobójstwie łagodziła otwierające się znów w duszy stare rany, było w tym wyobrażeniu trochę pociechy i trochę współczucia dla samej siebie.

- Nie pijesz? – usłyszała pytanie.

Otworzyła oczy. Mąż podawał jej przez stolik kieliszek czerwonego wina.

Przecież niósł piwo… Tylko piwo. W butelkach. Bez szklanek. A może wydawało jej się tylko? Przyjęła kieliszek drżącą trochę ręką.

- Dziękuję… – szepnęła słabo.

- Znowu płaczesz? – przyjrzał się jej. – Co ci jest, Alino?

- Myślałam o nas…

- Z nami jest chyba wszystko w porządku.

- Skarżysz się, że nie jestem samodzielna…

- To chyba nic nowego, prawda? – dotknął delikatnie i czule jej dłoni.

- Masz mnie dosyć? Chcesz mnie porzucić? – pytania, których nie chciała zadać, same wyrwały się z jej ust.

Odstawił wino na stolik, wstał i przysiadł na brzegu jej leżanki. Objął jej twarz dłońmi.

- Nie mam cię dosyć, Alino. Jesteś taka cudowna. Potrzebujesz mnie, kochasz, podziwiasz. To działa na mnie jak narkotyk – pochylił się do niej i długo całował jej twarz. Poddawała się pieszczocie z pełną bólu rozkoszą. Jak długo jeszcze będzie jej wolno cieszyć się jego wzajemnością, jego obecnością? – Jak narkotyku pragnę cię i boję się ciebie… – szeptał.

- Boisz się?

- Boję się, że nie potrafię bez ciebie żyć.

- Nie musisz żyć beze mnie!

- Boję się, że nie podołam. Wisisz na mnie jak liana. Cudowna, ukochana liana, ale jednak ciężka. Jej zwoje wrzynają mi się w ciało, duszą mnie. Za słaby jestem na podporę, a ty nie jesteś zdolna żyć o własnych siłach. Gdybyś tylko chciała spróbować… Gdybym widział, że chociaż się starasz…

Odepchnęła go. Co za przedziwna rozmowa? Znów ten zawrót głowy! Znów atak? Zerwała się z miejsca i wybiegła z altanki. Słońce leżało jak wielki czerwony balon na dachach widocznego w oddali miasteczka. Pobiegła w stronę domu. Czy Peter naprawdę wymówił te słowa? Czy znów śniła na jawie? To uczucie, którego doznawała leżąc na palisandrowej leżance, ten obezwładniający lęk przed osamotnieniem, jeszcze w niej było, ale już tylko teoretycznie, jako wspomnienie. Jak mogła jeszcze przed chwilą wierzyć mu, gdy porównywał ją do duszącej go liany. Cóż za absurdalny pomysł!?

Alina zatrzymała się nagle. Gdzie jestem? Dokąd idę? Rozejrzała się. Stryszek, schodki w podłodze…

Przestraszyła ją myśl, że biegła schronić się, uciec przed swoim lękiem do tej ciasnej i dusznej izdebki. Ona, która była panią całego wielkiego domu! Jak zaszczute, przerażone zwierzę…

Zawróciła. Gdy weszła do holu natknęła się na wchodzącego właśnie z zewnątrz Petera. Niósł koc i dwie puste butelki po piwie…

*

Stanęła jak wryta, nie zdolna wypowiedzieć ani słowa. Przecież pamiętała, miała to wciąż jeszcze przed oczami! W altanie pili wino! To było wino! Czerwone, greckie, półwytrawne. Butelka i dwa kieliszki…

Peter przechodząc koło niej pomachał jej dłonią przed oczami.

- Halo! Śpisz? – zawołał. – Co ty dzisiaj robiłaś, kobieto, że tak się zmęczyłaś?

- Nie jestem zmęczona – odpowiedziała automatycznie.

- Nie jesteś? Tak mi się wydawało. Myślałem, że porzuciłaś mnie w altance, żeby pójść do łóżka, a ty ciągle jeszcze włóczysz się po domu. Sam musiałem wypić oba piwa.

- A wina nie piłeś?

- Wina? – zdziwił się.

- Wyjdę jeszcze na dwór… – powiedziała. – Nie, ty zostań w domu… Chcę być sama.

Zastawił jej drogę. Koc i butelki nie pozwaliły mu jej objąć. Stał jednak przed nią zdecydowany kontynuować rozmowę.

- Tobie coś jest – stwierdził. – Coś przede mną ukrywasz. Od jakiegoś czasu zachowujesz się chwilami nietypowo. Czasem nie potrafię odgadnąć, o czym w danej chwili myślisz. Miałem nadzieję, że sama mi powiesz.

- Nic mi nie jest – skłamała. – Przepuść mnie, chcę wyjść – powiedziała niecierpliwie. Potrzeba pozostania samej i uporządkowania myśli stała się pierwszoplanowa. Coś właśnie zaczęło się rodzić w jej mózgu, układać, pasować jedno do drugiego. Coś niepokojąco logicznego…

Odsunął się z wahaniem, robiąc Alinie miejsce.

- Dobrze… – powiedział z westchnieniem. – Ale jeżeli to o nas chodzi, o nasz związek, to wolałbym się dowiedzieć, co cię gnębi zanim podejmiesz decyzję.

Nie zrozumiała.

- Jaką decyzję?

- Wiesz dobrze… Jesteś ostatnio często nieobecna duchem. Zachowujesz się tak, jakbyś chwilami przebywała w innym świecie, a o tym, naszym, nie miała pojęcia. O czym myślisz? O… kim?

Zniecierpliwiła się. Peter wyraźnie starał się wykręcić kota ogonem. Postanowiła nie dać się wciągnąć w tę rozmowę, zanim sama nie przemyśli sprawy. Sama, albo z Juttą. Bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.

- Obiecaj mi przynajmniej, że dowiem się prawdy przed Juttą! – zawołał za nią.

Gdy otwierała drzwi, nagły błysk rozjaśnił ciemniejące niebo.

- Będzie burza – ostrzegł Peter. – Nie wychodź.

- Nie grzmi jeszcze – odpowiedziała.

Skierowała się do pawilonu. Burzy pewnie nie będzie, przejdzie bokiem, ale te kosztowne leżanki warto by na wszelki wypadek odsunąć od okien i drzwi. Zapach bzu wzmagał się w miarę jak zbliżała się do świątyni Słońca. Okrążyła pustą sadzawkę, przykrytą na razie dla bezpieczeństwa deskami i przekroczyła próg. W altanie nie było niczego…

Niczego… ani leżanek, ani stolika, ani butelki po winie, czy kieliszków. Tylko na posadzce, tam, gdzie zwykle siadywali na kocu, leżały dwa metalowe kapsle.

Ten widok zastąpił Alinie cały skomplikowany proces rozważań. W jednej chwili wszystko stało się dla niej jasne. To Peter był przyczyną owych przedziwnych zjawisk niepokojących ją od paru tygodni. Poza domem nic się nie działo, chyba, że Peter był przy tym. W czasie całej swojej niedawnej podróży nie miała ataków. Nie wątpiła już, że to on aranżował zniknięcia i cudowne pojawiania się przedmiotów, i to on, nie ona zachowywał się niekonsekwentnie i dziwnie. Sceny łazienkowej nie śniła, to tylko Peter się jej bezczelnie wyparł! Fakt, że sama, bez jego współudziału cierpiała na niewytłumaczalne wahania nastrojów tylko pozornie nie miał z nim nic wspólnego. Przecież mógł bez trudu podkarmiać ją jakąś trucizną, dosypywać jej do potraw, by następnie, korzystając z działania narkotyku tym łatwiej dokonywać swoich kawałów. Alina przypomniała sobie niefortunną wyprawę do restauracji, gdzie spotkali się z Michaelem. Jak mogła do tego stopnia stracić nad sobą kontrolę, żeby pół dnia spędzić przy komputerze i zaniedbać obowiązki? Owszem, program był nowy i pasjonujący, i nie raz już Alina zapominała przy komputerze o bożym świecie. Ale teraz bardziej skłonna była przypuścić, że jej zatopienie się w zabawie spowodowały narkotyki. Peter po powrocie zorientował się, że trucizna działa. Kto wie, może były i inne objawy, o których sama nie miała pojęcia? Skorzystał z okazji i wywlókł ją z domu, żeby zaprezentować jej chorobę Michaelowi. W razie czego, będzie miał świadka… Powiedział, że umówił się z Michaelem już w pracy. Może tak, a może skłamał. Widział, że pod działaniem narkotyków Alina ma zaburzenia utrudniające jej rejestrowanie upływu czasu, więc mógł korzystając z tego, spokojnie zatelefonować gdy ona guzdrała się w łazience. Jakże na rękę musiało mu być jej zasłabnięcie przy stoliku. A jak nietypowo zachowywał się potem, w drodze do domu i w domu! Trzeba przyznać, że Peter konsekwentnie grał pewną rolę, a ją równie konsekwentnie wtłaczał w inną. Alina była wtedy niesamodzielną, zależną od męża kobietką, on udawał, że dusi się w jej uścisku. Prowadził tę grę dpóty, dopóki nie zauważał, że narkotyk przestaje działać. Wtedy w jednej chwili przemieniał się znów w dawnego Petera. Na przykład dziś wybiegając z altanki, dała mu wyraźny sygnał, że zaczyna przychodzić do siebie. Rzeczywiście dopiero zaczynała, o czym świadczył fakt, że sama przyłapała się sama na próbie ucieczki do małego pokoiku. Niby już zbudziła się jej dawna, normalna świadomość, ale jeszcze to rozszerzenie jaźni, o którym opowiadała Jucie, wywierało na nią swój fatalny wpływ. W ogóle rola, którą z nią ćwiczył Peter, rola słabej kobiety, utrwaliła się w jej głowie tak, że nawet sama, bez niego zaczynała ją odgrywać, gdy tylko nadchodził atak. Jak wtedy, przy Jutcie, w pokoiku stęsknionej żony. Alina zrozumiała, że nie było sensu szukać teraz leżanek, czy wina, ani pytać o nie Petera. Mieli ze sobą koc i piwo, gdy wyruszyli do altanki, nie wydawało jej się. Leżanki Peter przywiózł potajemnie i na pewno nie widział jej obserwującej go z okna, przeciwnie, musiał mieć pewność, że Aliny nie było w domu. Może nawet wiedział, że poszła do Aumana. Zamiana piwa na wino była drobnostką. A gdy zerwała się rozkojarzona przedziwną rozmową i wybiegła Peter zabrał się za zacieranie śladów. Miał czas wszystko starannie schować, a piwo wylać gdzieś w krzaki. Jakim sprytnym posunięciem z jego strony było zostawienie tych dwóch kapsli na podłodze…

Alina usiadła na wysokim progu pawilonu i podparła głowę dłońmi. A więc chyba rozwiązała zagadkę… Jednego tylko nie potrafiła zrozumieć. Po co to wszystko? Jaką korzyść mógłby mieć Peter z wmówienia jej choroby umysłowej? Chciał się jej pozbyć? Istniały prostsze sposoby. Chodziło o pieniądze? Jakie? Ani ona, ani Peter nie zebrali żadnego majątku, Alina nie miała w rodzinie nikogo, po kim można by oczekiwać spadku, nie mogła też, nic o tym nie wiedząc, wygrać milionów w totolotka, gdyż zwyczajnie nigdy w nic takiego nie grała. Zresztą nawet gdyby pojawiły się nagle wielkie pieniądze, to przecież mieszkają razem, więc razem też korzystaliby ze wszystkich dóbr. A może on teraz, gdy zaczął dobrze zarabiać, nie chce się z nią dzielić, bo już nie chce z nią być… Chce mieć kobietę młodszą, ładniejszą, bardziej reprezentacyjną? Absurd! Alina gotowa była uwierzyć we wszystko, tylko nie w to. Uważała zawsze, że Peter był stały aż do znudzenia choć tę cechę najbardziej w nim sobie ceniła. A jednak coś chyba musiało się zmienić, coś, co spowodowało, że Peter rozpoczął tę całą skomplikowaną i ponurą kampanię przeciwko uwielbianej dotychczas żonie. Nie doceniała go widocznie przez te wszystkie lata. Jakieś cechy jego charakteru musiała przeoczyć. Nigdy by nie przypuszczała, że jej poczciwy, prosty i zwyczajny Peter potrafi się tak maskować. W pamięci stanęła jej ich rozmowa w restauracji w Hildesheimie po obejrzeniu „Pułapki na myszy”. To właśnie Peter skierował ją na filmy o szczególnym rodzaju przestępstw, o mężach, którzy wpędzali swe żony w szaleństwo… Jakże perwersyjną przyjemność musiała mu sprawiać świadomość, że mówi także o sobie…

Alina zadrżała, przez ogród przeszedł nagły podmuch wiatru. Zaszeleściły złowrogo liście, jakby drzewa przekazywały sobie nawzajem ciemne tajemnice gospodarzy.

Pamiętając o treści omawianych niedawno filmów, Alina zdawała sobie dobrze sprawę z tego, że obwinienie Petera wprost, nic by nie zmieniło. Do niczego by się nie przyznał. Mało tego, mógłby, zaniepokojony, że nie docenił przeciwnika, postąpić nierozważnie, przyspieszyć planowany finał, czyli zamordować ją zwyczajnie, w tradycyjny sposób.

Nie! Alina potrząsnęła głową. Tak daleko fantazja jej nie sięgała. Morderstwo! Tego Peter, jej Peter, nigdy by nie zrobił. Nie uwierzyła jeszcze w swe podejrzenia aż do tego stopnia. Ale myśl, że mógłby pragnąć jej samobójstwa, gotowa już była, choć z trudem, przełknąć. Wystarczyłoby w tym celu zwiększyć dawkę trucizny, narkotyku wywołującego stany depresyjne… Powolutku. Na razie jeszcze wszystko wskazywało na to, że Peter dobrze się bawił, że chciałby dłużej pokosztować przyjemności manipulowania Aliną. Dobrze, niech tak będzie. Doktor Aumann pobierze jej jutro krew. Alina poprosi go o wykonanie w s z y s t k i c h możliwych badań. Młody medyk tak chętnie bawił się swoimi aparaturami, że uwierzy bez zastrzeżeń w byle bajeczkę i nic nie podejrzewając sprawdzi, czy Alinę ktoś truje.

Ostry błysk rozdarł niebo drgającym zygzakiem, a po chwili głuche dudnienie ostrzegło Alinę, że burza nadciąga w stronę miasteczka. Podniosła się z progu pawilonu, by wrócić do domu, i wtedy dopiero spojrzała świadomie na miejsce przed wejściem do altany. Coś ją zastanowiło. Pięć szarych desek przykrywało równo basen. Jak zawsze. A jednak – pamiętała to dobrze – ze swojej leżanki widziała kolorową mozaikę obramowania. A więc, gdy przyszli tu z Peterem, sadzawka nie była przykryta deskami. Szła pierwsza… Mogła przeoczyć brak desek i wpaść. To było niebezpieczne. Właśnie wymiary basenu podsunęły Alinie myśl o hodowaniu w nim lilii wodnych, potrzebujących, jak wiadomo, sporej głębokości. Upadek z wysokości półtora metra sam w sobie nie byłby raczej śmiertelny, połamała by sobie najwyżej parę kości. Niebezpieczeństwo czaiło się w tym, że drugi brzeg sadzawki znajdował się bardzo blisko, oddalony o nie cały metr. Ktoś, kto straciłby równowagę wpadając w głęboki otwór, wyrżnąłby głową akurat w murowany kant po przeciwległej stronie. Właśnie żeby temu zapobiec ułożyli te deski. A więc Peter jednak zaczął już zastawiać na nią pułapki? Alina poczuła, jak oblewa się nieprzyjemnym, zimnym potem. To przestawało być zabawne.

A to, co wydedukowała przedtem, było zabawne?

Alina zapragnęła nagle spakować szybko walizki i uciec. Zejść Peterowi z oczu, nie dociekać już prawdy, ale i nie dać mu szans na przeprowadzenie morderczego planu. Jutta na pewno ją przyjmie na dzisiejszą noc, może na parę dni, aż Alina znajdzie inne, bezpieczne schronienie. Albo jeszcze lepiej – Alina wyjedzie do Polski, dziś jeszcze i zostanie tam aż do rozwodu, albo na stałe… Peter nie będzie jej chyba już ścigał…?

Ale wtedy na zawsze pozostanie wątpliwość. Peter na pewno wszystkiego się wyprze, będzie udawał zrozpaczonego, niewinnie porzuconego. A gdy czas uspokoi nerwy Aliny, ona sama przestanie wierzyć w to, co w tej chwili wydaje jej się oczywiste.

Nie bacząc na targające nią uczucia, Alina weszła do domu, sprawdziła, czy wszystkie okna są zamknięte, zaryglowała drzwi na noc, pogasiła światła i zajrzała do sypialni. Peter leżał w łóżku i przy świetle małej lampki czytał „Geo”. Podniósł na Alinę niepewny wzrok.

- Długo cię nie było – oznajmił pytającym tonem.

O co pytał? Długo cię nie było, bo domyśliłaś się wszystkiego? Wszystko odkryłaś? Podjęłaś jakieś kroki? Zawiadomiłaś policję?

- Ale teraz już jestem – odpowiedziała czując, jak powraca jej spokój. Bez względu na to, co Peter wyprawiał, ona miała jeszcze nad nim przewagę. Nie, nie wierzyła, żeby już przeszedł do fazy morderczej. Zdjął deski, żeby zmienić całą scenografię, żeby altana i jej najbliższa okolica wyglądały wyraźnie inaczej przedtem i potem. To niemożliwe, żeby planował wypadek. Gdy szli do pawilonu, było jeszcze zupełnie jasno, a Alina nie należała do ludzi, którzy nie patrzą gdzie idą. Szła pierwsza, owszem, ale Peter tym bardziej miałby okazję ją popchnąć, a nie zrobił tego… Uspokój się Alino. Jesteś na dobrym tropie, ale nie należy przesadzać. A co do desek, to nie wykluczone, że Peter zdjął je, bo chciał, żeby widziała pusty w środku basen, a założył znowu, żeby przykryć leżanki, stolik i wino, które tam w pośpiechu schował.

- Powiedz mi, o czym myślisz – poprosił poważnie.

Roześmiała się trochę nienaturalnie.

- Zastanawiałam się, czy nie wrócić jeszcze raz do altany. Wydaje mi się, że zobaczyłam coś w tym p u s t y m basenie. Chętnie bym tam zajrzała. Jak myślisz, znalazłabym coś? – korciło ją by wykorzystać swoją wiedzę i podroczyć się z Peterem. I rzeczywiście, zauważyła, że poczuł się nieswojo.

- Pada – powiedział. – Zajrzyj tam jutro.

Rzeczywiście za oknem deszcz lał już strumieniami. Gdy wróciła z łazienki, zastała Petera siedzącego na łóżku w ciemnościach. Poduszki po jej stronie spiętrzone były przy wezgłowiu, a zasłony w oknie rozsunięte.

- Chodź, popatrzymy sobie – wyciągnął do niej rękę zapraszającym gestem.

Z zachwytem oglądali fantastyczny spektakl natury, jaskrawe błyskawice i niesamowite sylwetki szarpanych nawałnicą drzew wyłaniające się znienacka w zimnym świetle. Słuchali ogłuszających eksplozji wyładowań atmosferycznych i dzikiego szumu deszczu i wiatru. Peter otoczył Alinę ramieniem. Gdy burza zaczęła przycichać, otworzyli szeroko okno, by leżąc z zamkniętymi oczami, upajać się powietrzem przesyconym zapachem mokrej ziemi i aromatami świeżo spłukanymi z liści i kwiatów. Deszcz szumiał równomiernie, woda bulgotała w niedalekiej rynnie. Choć błyskało często, daleki pomruk mówił im, że nawałnica przeszła w dalsze okolice.

Poczuła dłoń Petera na swoim brzuchu. Dotknięcie łagodne, ale i niecierpliwe, pytające. Nie zareagowała ani ruchem, ani słowem, ale brak reakcji także jest odpowiedzią. Dłoń męża przesunęła się po jej skórze szybko, zaborczo. Wtem zawahała się, zatrzymała, i powoli, z ociąganiem, zaczęła się wycofywać. Stała się lżejsza i czulsza, a Alina uśmiechnęła się w ciemności. Peter nie zapomniał jeszcze którędy droga… Ale dziś, stwierdziła to ku własnemu zdumieniu, nie miała ochoty na długie przygrywki. Czyżby podniecało ją zbliżenie z przestępcą, z kimś, kto dybie na jej życie? Może… Lecz Alina czuła także, że chce, że pragnie męża zwyczajnie dlatego, że go kocha, bo oddając mu się będzie choć na chwilę częścią jego samego, bezpieczna… Całował twarz Aliny gładząc jej piersi. Widziała pochyloną nad sobą sylwetkę na tle jaśniejącego w ostatnich rozbłyskach burzy nieba. Koniuszkiem języka przywabiła jego wargi do swoich, a gdy spoił je pocałunek, wsunęła się pod biodra męża. Z westchnieniem rozkoszy pełnym niedowierzania przyjął jej zgodę na szybsze, jego własne, tempo wydarzeń. Niechże ta chwila trwa wiecznie! Poczuła zawrót głowy…

- Michael… – szepnęła w najwyższym zachwycie.

*

Michael, brzmiało jej jeszcze w uszach, gdy w jakiś czas później leżeli poplątani nadal jak Grupa Laokoona, ale już cisi, syci i spokojni. Dlaczego tak go nazwała? Czy Peter nie usłyszał? Jak mógłby nie usłyszeć, wyszeptała to imię wyraźnie, w samo jego ucho… Dlaczego więc nie zareagował? Było mu wszystko jedno? A może wiedział, że Alina kocha się w Michaelu? Co za bzdura! Michael był miłym i przystojnym mężczyzną, pewnie nawet zakochiwano się w nim często, ale Alina nie miała zwyczaju się zakochiwać. Ani do głowy by jej to nie przyszło. Dlaczego więc wymówiła jego imię w takiej sytuacji wobec własnego męża?! Czy Peterowi naprawdę nie sprawiało to różnicy?

- Hej – trąciła leżącego obok mężczyznę, który z chwili na chwilę stawał się dla niej coraz większą zagadką. – Hej… Wszystko w porządku?

- We wspaniałym porządku, najdroższa – zamruczał i zabrzmiało to w uszach Aliny szczerze i uczciwie.

- Jesteś głuchy, albo zboczony – powiedziała.

- Głuchy, albo zboczony – zgodził się. – Dla ciebie wszystko, co zechcesz…

Jeszcze przez chwilę rozważała to, co nieprzewidzianie wyrwało jej się z ust, a także niezrozumiały brak negatywnej reakcji Petera.

A może rzeczywiście nie dosłyszał? Może mężczyźni głuchną w tym szczególnym momencie? Nigdy o takim fenomenie nie słyszała, ale kto wie?

A jeżeli Peter nie zareagował tylko dlatego, że nie był zaskoczony, bo spodziewał się, że Alina prędzej czy później zdradzi się ze swoich tajonych uczuć? Może Peter zauważył już u niej coś, co uznał za objawy zakochania się w jego nowym koledze? Czy mówiła przez sen, a w czasie spotkań obrzucała Michaela zachłannymi spojrzeniami i częstowała go dwuznacznymi wypowiedziami? I czy to na pewno po raz pierwszy nazwała męża tym imieniem? Nie rozumiała, jak mogła o tym nie wiedzieć, ale w takim momencie nie wypowiada się pierwszego lepszego imienia!

Mąż tymczasem zapadł w tak głęboki sen, że gdy Alina uznała wreszcie, że mimo późnej pory warto przeprowadzić wyjaśniającą rozmowę, nie mogła go już dobudzić.

_______________________________

Alina Alinka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

~ by alijar on December 30, 2000.