Alina Alinka (3)

Nazajutrz po teatrze usiedli jak codzień do śniadania w kuchni. Gdy Peter zaczął smarować grzankę dżemem, Alina przygotowała się na dalszy ciąg zabawy w znikające srebra. Ale Peter zdawał się o niczym nie pamiętać. Ani jednym słowem, ruchem, czy spojrzeniem nie zdradził, że interesuje się jeszcze wczorajszym dowcipem. Alina nie miała zamiaru zaczynać pierwsza. Próbowała wmówić sobie, że jej niechęć do tematu bierze się stąd, że Peter widział ją wczoraj, gdy miała na twarzy zieloną maseczkę. W rzeczywistości bała się czegoś innego. Peter mógłby wszystkiemu zaprzeczyć… a ona mu uwierzyć. Nie zamieniał sztućców rano, ani nie podrzucał ich popołudniu. To tylko w jej mózgu srebra znikały i powracały na swoje miejsce.

Tego samego dnia przybyła ekipa remontowa. Hałas, kurz, a przede wszystkim obecność obcych ludzi, wypędziły Alinę z domu. Przez trzy dni odwiedzała w innych miastach dawno nie widzianych znajomych, na głowie Petera pozostawiwszy cały kłopot. A gdy wróciła, z trudem rozpoznała dawny pokój śniadaniowy zalany teraz słońcem i przestronny.

W parę dni potem Alina pierwszy raz w nowym domu przyjmowała Juttę. Powitała ją na podjeździe. Jutta wysiadła z auta i stała oszołomiona widokiem, jak kiedyś Alina, gdy Peter przywiózł ją tu po raz pierwszy.

- Najpierw kawa, czy wolisz, żebym cię najpierw oprowadziła po naszym królestwie? – spytała Alina.

- Hu! – Jutta wydała dźwięk wyrażający zarówno podziw jak i zdumienie. – To jest rzeczywiście ogromne!

- Mówiłam ci przecież. Jak pensjonat – przypomniała Alina.

- Potraktowałam to jako przenośnię. Zresztą różne są pensjonaty. Wyobraziłam sobie jeden z tych mniejszych. Przejdźmy się po ogrodzie. Możesz mi pokazać to słynne okno.

Alina poprowadziła przyjaciółkę najpierw po peryferiach ogrodu, alejkami sztucznie wydłużonymi przez liczne zakręty, obsadzonymi strzyżonymi niegdyś cisami, tujami i rododendronami. W miejscach, gdzie jeden rodzaj krzewów się kończył, a zaczynał drugi stały kamienne ławki. Stąd mogły podziwiać dom z coraz to innej perspektywy. Bliżej budynku przeważały trawniki i zdziczałe grządki z bylinami. Na niewielkim wzniesieniu, otoczona bzami stała w pełnym słonecznym oświetleniu sztuczna ruina, okrągły pawilon. Na tyłach domu po północnej stronie, pod samymi ścianami pozostawiono, nie tknięte nigdy ręką ogrodnika, chaszcze dzikich zarośli. Stamtąd właśnie można było dojrzeć wąskie zabrudzone okienko, obiekt pobudzający fantazję Aliny.

Spacer, w czasie którego Alina udzielała przyjaciółce szczegółowych wyjaśnień, trwał blisko godzinę. Zmęczone nim, odłożyły zwiedzanie wnętrz na później. W kuchni Jutta wciągnęła w nozdrza ciepłe, pachnące powietrze.

- Pieczesz ciasto? – spytała. – Przyznam ci się, że bardzo na to liczyłam. Wiedziałam: Alina, doskonała gospodyni, na pewno upiecze ciasto. Babka z makiem?

- Aha – przyznała Alina. – Ale zwracam ci uwagę, że doskonała gospodyni upiekłaby ciasto wczoraj, a dziś, przed twoim przyjściem, nakryłaby, nie jak ja w kuchni, tylko w jednej z jadalni. No i oczywiście stół wyglądałby jak należy: porcelana, serwetki, w wazonie kwiaty…

- Kawa w dzbanku-termosie… – poddała Juta.

- O, nie! – zaprotestowała Alina – tylko świeżo parzona!

- W każdym razie wiesz przynajmniej, jak powinno być. Ja tylko porównuję cię ze sobą. Gdybym to ja piekła rano ciasto, to do tej chwili nie byłabym jeszcze gotowa, a cała kuchnia wymagałaby gruntownego sprzątania.

Alina uśmiechnęła się.

- W porównaniu z tobą większość kobiet to doskonałe gospodynie – stwierdziła, wiedząc dobrze, że nie rani przyjaciółki. Jutta posiadała inne mocne strony, za które zbierała komplementy. Swoją nieporadność w sprawach gospodarskich potrafiła sprzedać jako interesującą ekscentryczność.

Alina zajrzała do piekarnika, następnie wyłączyła go i wyjęła gorącą formę. Parujące ciasto wywróciła na drucianą podstawkę, żeby przestygło. Nasypała kawy do filtra, sprawdziła poziom wody w maszynce i nacisnęła przycisk.

- To potrwa parę minut – powiedziała. – Jak chcesz, pokażę ci teraz ten pokoik z oknem – zaproponowała.

Poprowadziła przyjaciółkę przez schody, tajemne przejścia, korytarze i lamus do drzwi z serduszkiem. Otworzyła je i weszła pierwsza do wnętrza.

- Tu, przy tym oknie przebywam całymi godzinami – powiedziała, i zaraz poprawiła się. – Ach, co ja opowiadam! Gdybym była stęsknioną żoną, to tutaj pewnie przebywałabym całymi godzinami. To chciałam powiedzieć.

Jutta spojrzała na nią jakoś dziwnie.

- Starasz się oszukać siebie, czy mnie? – spytała poważnie. Zbliżyła się do okna i chwyciła klamkę. Z łatwością otworzyła okienko i wyjrzała. – Rzeczywiście masz stąd dobry widok. Czy twój mąż wie, że obserwujesz jego odjazdy i powroty?

Alina podjęła grę.

- Nie wie. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowie. I tak zarzuca mi, że wiszę na nim jak liana. Staram się udawać samodzielność, ale wiesz, jakie to trudne.

- Wiem, że dla ciebie jest to trudne. Ja nie muszę udawać samodzielności – uśmiechnęła się Jutta.

- Myślę, że on ma mnie już dosyć… – powiedziała Alina. – Zobaczysz, to nie potrwa długo i znów będę porzucona… – Wczuwała się w przybraną rolę bardziej niż było to konieczne. Głos zaczął jej drżeć, do oczu napłynęły łzy.

- Zaduszasz ich, tych swoich mężczyzn… – także i Jutta wczuwała się w swoją rolę. Mówiła z wielkim przekonaniem.

- Zaduszam, dławię, wysysam… Znam te zarzuty. Powiedz teraz jeszcze, że powinnam zacząć myśleć o sobie, mieć własne życie! Ale ja nie potrafię! On jest moim życiem! Za każdym razem to samo!

Ciekawe jak dobrze im szło, choć grały bez scenariusza.

- Tak, za każdym razem to samo… – powtórzyła Jutta z wielkim smutkiem. – Alino, jestem twoją przyjaciółką i jeśli cię krytykuję, to tylko dla twojego dobra. Posłuchaj, tak nie możesz żyć: co dwa lata wielka miłość i co dwa lata okrutny dramat.

- Nie, tak nie mogę żyć! – wykrzyknęła Alina, niemal realnie czując wyimaginowaną rozpacz. – Tylko obawiam się, że jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby z tym wszystkim skończyć! – głos jej się załamał i wybuchnęła prawie autentycznym łkaniem.

Jutta objęła ją i przytuliła mocno. – Nie rób głupstw – szepnęła jej w ucho.

Trwały przez chwilę w milczeniu.

- Kawa – przypomniała nagle Alina. Głos miała jeszcze nie swój, słaby. Odchrząknęła. – Kawa – powtórzyła. – Chodźmy na kawę.

W powrotnej drodze milczały, dopiero gdy dotarły w okolice bliskie kuchni, i owiał je zapach ciasta i kawy, Alina spytała:

- Jutta, ty kiedyś grałaś w teatrze amatorskim, prawda?

- Grałam. Za studenckich czasów. Wiem, że jestem marną aktorką, ale sprawiało mi to wielką przyjemność.

- O, myślę, że jesteś doskonałą aktorką! – powiedziała Alina z przekonaniem. Czekała, że Jutta odwzajemni jej się podobnym komplementem, ale dla przyjaciółki nie istniało już nic poza rozkoszami podniebienia. Przy trzecim kawałku babki Alina spróbowała znowu. – Zrobił na tobie wrażenie mój pokoik stęsknionej żony, prawda? – zagaiła. – Ma jakąś szczególną atmosferę.

- Owszem – zgodziła się dość obojętnie Jutta i sięgnęła po czwarty kawałek ciasta. – Pychne – pochwaliła z pełnymi ustami.

I to było wszystko. Alina domyśliła się, że Jutta woli nie wspominać ich spontanicznego aktorskiego występu w pokoiku z okienkiem. Nie znały się jeszcze od tej strony; ani otwarcie, ani skrycie nie grywały przed sobą nigdy żadnych ról. I nagle ten występ. Nie przygotowany, nie omówiony przedtem, ani nie komentowany w trakcie wykonywania, a jednak sprawiający tak autentyczne wrażenie. Wręcz nieprzyzwoicie intymny.

- Jeszcze kawy? – spytała.

- Chętnie – Jutta podsunęła Alinie filiżankę. – I jeśli można, jeszcze kawałeczek babki. Ty nic nie jesz? Nie masz apetytu?

- Wolę suche, za kilka dni. Jeśli mi oczywiście coś zostawisz… Nie, nie! Nie żałuj sobie! Bierz, jedz ile dusza zapragnie.

Jutta nie dała się prosić. W przeciwieństwie do Aliny preferującej ciasto tak suche, że dawało się tylko rąbać, albo piłować, lubiła najbardziej ciasto świeże, prosto z pieca. Sprzątnęła więc babkę nie pozostawiając nawet okruszka, ale żeby wynagrodzić przyjaciółce stratę, spytała uprzejmie:

- Miewasz jeszcze te dziwne ataki?

- Niestety tak. Niedawno postanowiłam się tym nie przejmować, myślałam, że samo przejdzie. Bo wiesz, w zasadzie czuję się wyśmienicie i fizycznie, i psychicznie. Ale potem nagle mam zawroty głowy, albo staję się jakoś dziwnie wrażliwa, rozkojarzona, albo i jedno, i drugie. Nie poznaję sama siebie. A gdy to mija, znów jestem sobą. Czasem wystarczy jakiś zapach, żeby wywołać atak: woda po goleniu Petera, kawa. To jest najczęściej rano, w łóżku, albo przy śniadaniu… – przerwała i przyjrzała się Jutcie. – Co tak patrzysz? – spytała surowo.

- Tylko się nie przestrasz… – zaczęła Jutta poważnie. – Czy ty już brałaś pod uwagę to, że może jesteś w ciąży?

- Ach! Co za bzdura! – obruszyła się Alina. – Dlaczego miałabym być w ciąży!?

- A co? Nie sypiasz z Peterem? – zdziwiła się Jutta.

- Sypiam, owszem – zgodziła się Alina. – Ale to jeszcze nie powód…

- O ile wiem – wtrąciła Jutta – jest to głównym, do niedawna nawet jedynym powodem wszystkich ciąży od zarania dziejów.

Alina spojrzała na przyjaciółkę trochę nieprzytomnie i dopiero po chwili jej twarz rozjaśnił uśmiech zrozumienia.

- Głupia! Nie to miałam na myśli, rzecz jasna. I ty to dobrze wiesz. Jeszcze nigdy nie zaszłam w ciążę, więc wolno mi przypuszczać, że znam się na zapobieganiu. Poza tym jestem za stara!

- Wypadki chodzą po ludziach… Nawet po starych. Na pewno nie byłabyś pierwsza, która się dała zaskoczyć.

Alina westchnęła.

- Wiesz, udało ci się wreszcie mnie przestraszyć. – Pomacała piersi. – Nabrzmiałe – odpowiedziała grobowym tonem na pytajęce spojrzenie Jutty. – Ale ja mam tak zawsze w połowie okresu. Choć prawdę powiedziawszy, trudno mi powiedzieć, czy to połowa. Jakie są jeszcze objawy?

- Hormony – powiedziała Jutta. – Hormony są najpewniejsze. Hormony w moczu. Chodź. Nie będziemy spekulować. Jedziemy do apteki.

Myśl, którą Alina jeszcze przed chwilą odrzuciła jako absurdalną, wydała się teraz, gdy Jutta zaproponowała podjęcie konkretnych kroków, całkiem prawdopodobna. Alinę ogarnęło przerażenie. W samochodzie, w drodze do miasteczka jeszcze raz zrobiła przegląd wszystkich swoich przypadłości w ostatnich czasach. Z chwili na chwilę coraz bardziej skłonna była uwierzyć, że hipoteza Jutty była trafna.

- To okropne – jęczała. – Czy ty to sobie wyobrażasz?

- Przecież chciałaś mieć dzieci? – poddała Jutta nieśmiało.

Alina westchnęła ponuro.

- Tak, chciałam. Przed laty i teoretycznie. Ale jakoś się nie złożyło. Sama wiesz, pamiętasz. Najpierw nie miałam właściwego partnera, zresztą studiowałam, potem nie było warunków, musiałam pracować. Zresztą przez pół roku, jakieś pięć lat temu staraliśmy się nawet bardzo, bo doszliśmy do wniosku, że biologicznie to już dla mnie ostatni dzwonek. Wtedy nie poczułabym się tak zaskoczona. Nie udało się… No nic. Postanowiliśmy wreszcie, że kiedyś, kiedyś zaadoptujemy jakieś dzieci. Przestałam się przejmować, aż wreszcie znów zaczęłam uważać, żeby nie zajść w ciążę. Przecież jestem za stara! Pomijam już fakt, że w moim wieku byłoby mi fizycznie trudno, to jeszcze możliwość urodzenia dziecka z wadami jest kolosalna. Nie wiem, czy zrobiłabym badania genetyczne. Za nic nie chcę mieć dziecka, które nigdy nie stanie się samodzielne, ale też nie wiem, czy potrafiłabym ewentualnie zdecydować się na aborcję. Nigdy nie rozmawiałam na ten temat z Peterem, więc nie mam pojęcia, jakie jest jego zdanie. To także mogłoby stać się źródłem konfliktów. Och, Jutta! – zwróciła się do przyjaciółki z wyrzutem – co ci wpadło do głowy!!!

Jak na dobrą przyjaciółkę przystało, Jutta nie zaprotestowała przeciwko temu, że Alina obarczyła ją odpowiedzialnością za swoją ewentualną ciążę. Alina ugięła się pod ciężarem podejrzenia i Jutta, aby uchronić ją od kompletnego załamania chętnie podjęła część balastu. Sama dokonała więc zakupu w aptece, nabywając dla pewności trzy różne testy, a po powrocie do domu sama zapoznała się ze sposobami ich użycia i wcieliła się w rolę laborantki. Alina jedynie nasiusiała do garnuszka. Była już bliska histerii.

- O mój Boże – rozpaczała. – Co ja zrobię, jak teraz zadzwoni Peter. Co mu powiedzieć?

- Nic – poradziła Jutta spokojnie. – Nie musisz podnosić słuchawki.

Pierwszy, błyskawiczny test nie wykazał nic, ale dopiero gdy i drugi zakończył się wynikiem negatywnym, Alina zaczęła się uspokajać i nabierać otuchy. A gdy i trzeci test stwierdził brak hormonów, Alina uwierzyła wreszcie, że nie jest w ciąży. Nie potrafiła jednak natychmiast odnaleźć swej zwyczajnej pogody ducha. Gdy Jutta wróciła z łazienki z ostatnim wynikiem, Alina zamiast odetchnąć z ulgą, stwierdziła z rezygnacją:

- W takim razie jest tylko jedno wyjaśnienie: menopauza!

- Klimakterium?! Zwariowałaś? Za młoda jesteś!

- Trochę za młoda, owszem. Ale sama musisz przyznać, że bardziej to prawdopodobne niż ciąża w moim wieku.

- Nic nie przyznaję – powiedziała Jutta. – Widzę tylko, że jesteś w fatalnym stanie nerwów, i koniecznie trzeba coś z tym zrobić. Idź do lekarza, daj się przebadać. Ale zaraz potem idź do psychologa. Albo lepiej do psychiatry.

- Jak to, do psychiatry? Myślisz, że..? – spytała Alina.

- No, przecież sama widzę, co się z tobą dzieje. Przedtem tylko opowiadałaś mi o tych gwałtownych zmianach nastroju, jakoś sobie tego nie wyobrażałam.

- Chwileczkę – wtrąciła Alina. – Teraz to jest zupełnie co innego. To nie ten sam rodzaj. Teraz jestem normalnie zdenerwowana, rozumiesz, miałam chyba powód, jeszcze nie ochłonęłam po tym strachu, którego ty sama mi napędziłaś. Tamte ataki, o których ci opowiadałam, są inne, całkiem inne. Trudno to wyjaśnić. Ja sama staję się wtedy inna, moja skala uczuć poszerza się wtedy. Gdy to się dzieje, nie zauważam, że to nienormalne, dopiero gdy taki atak się kończy, nie potrafię zrozumieć, jak mogłam odczuwać w ten sposób. Natomiast teraz nie dziwię się, że podejrzenie o ciążę mogło mnie wyprowadzić z równowagi. Taki prawdziwy atak na ogół zaczyna się zawrotem głowy, ale nie zawsze. A czasem chyba miewam halucynacje. Wiesz, mam na myśli tę historię z firanką.

- I może też tę ze sztućcami..? – wtrąciła Jutta.

- Tę historię ze srebrem? – powiedziała Alina. – Zakładałam, że to był tylko skomplikowany kawał Petera.

- Bardzo do niego niepodobny. Prawda? I on do niczego się potem nie przyznał, ani nie próbował skłonić cię do rozmowy na ten temat. Może on zwyczajnie o niczym nie wie?

Alina zastanowiła się. Jej twarz wyrażała zaniepokojenie.

- Trochę o tym rozmyślałam… – powiedziała powoli. – Ale to tak długo trwało… Wtedy z firanką, to była sekunda. Popatrzyłam przypadkiem, nie było jej i poszłam dalej. Mgnienie oka. Ale tych sreber szukałam wszędzie, grzebałam w szufladach, nawet brałam te inne sztućce do ręki. Jak to możliwe, żeby mi się tylko przywidziało!? Myślisz, że zwariowałam?

- Nic takiego nie myślę – odpowiedziała Jutta starając się nadać swojemu głosowi beztroskie brzmienie, ale zmarszczka pomiędzy brwiami zadawała kłam słowom. – Uważam tylko, że musisz sprawę zgłębić. Jeżeli rzeczywiście zaczęłaś mieć halucynacje, to jak najszybciej trzeba znaleźć przyczynę, żeby ją usunąć.

- Co to może być? – spytała Alina bezradnie.

- Nie wiem i myślę, że nie warto spekulować. Gdybyś upierała się przy tym, że wszystko zdarzyło się naprawdę, byłoby gorzej. Przy twoim obecnym nastawieniu będzie łatwiej ci pomóc.

- Mówisz tak, jakbyś już sama była zupełnie pewna co do moich halucynacji. A może jednak nic mi nie jest. Może Peter zaczął robić głupie kawały i chowa przede mną rzeczy. Po co? Czy ja wiem? Może to on zwariował?

- No dobrze – zgodziła się Jutta. – Załóżmy, że Peter robi ci kawały. Do sreber to nawet pasuje. Najpierw powiedział ot tak, bez głębszych zamiarów, że podejrzewasz go o chęć ukradzenia srebrnych łyżeczek. To dopiero podsunęło mu pomysł, żeby je rzeczywiście schować, gdy został sam w kuchni. Potem zatelefonował, bo chciał się zorientować, czy już zauważyłaś brak. Potem wrócił nieoczekiwanie do domu, zastał cię unieruchomioną w sypialni, zrozumiał, że to okazja, skorzystał z niej i nie tylko podrzucił sztućce, ale jeszcze zrobił to tak, żeby wyglądało, jakby przez cały czas leżały na swoich miejscach. Ale firanka? Nie było jej w oknie bardzo krótko, ryzykował, że ty w ogóle nic nie zauważysz. To by nie miało sensu.

- No właśnie. Też tak myślę. Ale firanka mogła być jego pierwszą próbą. Nieudaną. Zresztą firanka śniła mi się tylko. Pamiętasz? Należała do tego snu z pastą do zębów.

- Snu, albo halucynacji. Sama mówisz, że nie potrafisz określić momentu, w którym się obudziłaś. A ponieważ na pewno nie obudziłaś się potem w łóżku, wiec przynamniej mamy do czynienia z somnambulizmem. No i te niekontrolowane zmiany nastrojów, zawroty głowy… Coś ci jest, nie zaprzeczysz!

- Poczekaj, Jutta. Jak się chce, to każdemu można wmówić, że jest psychicznie chory. Słuchając ciebie, wyobrażałam już sobie rozmowę z psychiatrą. Jestem pewna, że nie wypuściłby mnie ze swych szponów, bo ani przez chwilę nie wątpiłby w halucynacje. Przecież to jego dziedzina! Wysłałby mnie na leczenie zamknięte, w szpitalu nafaszerowaliby mnie lekarstwami, i dopiero wtedy stałabym się prawdziwym przypadkiem klinicznym. O, nie! Za nic! Jak widzisz, potrafię jeszcze normalnie egzystować, nie podpalam domu, nie morduję ludzi, nie wybiegam goła na ulicę. Nie ma więc pośpiechu. To wszystko może być przejściowe, jakieś zmiany hormonalne, jakiś wirus, czy coś tam. Wolę odczekać, zanim dam się ostemplować jako nienormalna.

- Tylko nie czekaj zbyt długo. Nie ma sensu niepotrzebnie się męczyć. Radziłabym ci też, porozmawiaj o wszystkim z Peterem. Zwierz mu się. Mam poczucie, że on trochę cierpi z powodu twojej niezależności. Rzadko wtajemniczasz go w swoje sprawy.

Na tym na razie przyjaciółki zakończyły rozmowę, bo Juttę wzywały obowiązki. Po jej wyjściu Alina posprzątała kuchnię i przygotowała zapiekankę na kolację. Wstawiła ją tymczasem do lodówki. Wreszcie sięgnęła po telefon. Nie mogła dłużej się oszukiwać. Przez cały czas od wyjścia Jutty starała się odwrócić myśli od stanu swojego zdrowia. Bezskutecznie. No cóż, gotowanie i sprzątanie nie należały do najbardziej pasjonujących zajęć, ale Alina miała włączone radio i choć zwykle słuchała popołudniowego programu DLF z wielkim zainteresowaniem, tym razem nie potrafiłaby nawet ogólnie powiedzieć, o czym była mowa. Martwiła się. Coś mówiło jej w duszy, że firaneczka i sztućce są tylko czubkiem góry lodowej, że problem sięga daleko głębiej.

Z miasteczkowego informatora wybrała numer lekarza, który ogłaszał się najskromniej ze wszystkich. To mogło mieć dwojaką przyczynę. Albo doktorowi Aumannowi nie zależało już na nowych pacjentach, bo miał ich dosyć, albo nie dorobił się jeszcze i nie stać go było na większą reklamę. Imię Daniel, wskazywało na to, że raczej nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Alina wnioskowała z tego, że lekarz ma mało pacjentów, czyli więcej czasu dla każdego z nich. Rzeczywiście mogła przyjechać natychmiast.

*

Poczekalnia potwierdziła przedwidywania Aliny. Stało tu jedynie kilka niewygodnych plastykowych krzesełek, stolik i wieszak, a wszystko w brązowych i żółtych barwach, świadczących o tym, że umeblowanie pochodzi z wczesnych lat siedemdziesiątych. Podobnie urządzono gabinet. Doktor Aumann nie wyrzucał pieniędzy na reprezentację. Nie dodał chyba nic, przejmując praktykę po odchodzącym na emeryturę koledze.

Lekarz zbadał Alinę sumiennie, dokładnie tłumacząc jej, co robi i dlaczego. Alina odniosła wrażenie, że Aumann recytuje całe fragmenty podręcznikowych wiadomości, widocznie okres studiów nie wywietrzał mu jeszcze z pamięci. Na poddaną przez Alinę myśl, że dolegliwości jej mogą mieć przyczynę hormonalną, doktor bez wahania sięgnął po odpowiednią książkę. Alina stłumiła w sobie niezadowolenie, bo zabrakło przy tym szczerych zapewnień, że Alina jest jeszcze o wiele za młoda na przekwitanie. Wspólnie przestudiowali niezwykle długą i szczegółową listę objawów klimakterycznych. Alina na większość zadawanych jej pytań odpowiadała przeczeniem aż wreszcie doczekała się komplementu.

- Tak też myślałem – oznajmił doktor. – Jest pani jeszcze dużo za młoda. Chociaż – przygasił w zarodku wybuch nadmiernej sympatii pacjentki – zdarzają się przypadki, gdy menopauza zaczyna się już u kobiet w zaawansowanym wieku średnim… Jak pani.

Po przeprowadzeniu szczegółowego wywiadu doktor zaproponował Alinie natychmiastowe wykonanie badań, których można było nie robić na czczo. Poprowadził ją do dalszych pomieszczeń i tu Alina miała wreszcie okazję zobaczyć, na co Aumann wydawał pieniądze. Miał w gabinecie aparaturę znacznie przekraczającą, jak podejrzewała, kompetencje doktora, a młody medyk aż dyszał żądzą wypróbowania ich w boju. Tak więc Alina dała sobie zbadać słuch i akcję serca, prądy mózgowe i wydajność płuc, ciśnienie płynu w gałkach ocznych, refleksy neurologiczne i, i, i… Na koniec została zobowiązana do stawienia się jutro skoro świt o pustym żołądku, zaprotestowała jednak usłyszawszy słowo, endoskopia.

- Dopiero, gdy będzie konkretne podejrzenie – powiedziała surowo i zdecydowanie.

Do domu zdążyła na krótko przed powrotem Petera. Mimo rady Jutty zamierzała zmilczeć przed mężem o swoich kłopotach. żałowała trochę, że nie będzie mogła opisać mu wizyty w gabinecie Aumanna, który okazał się uroczym dziwakiem. Należała do ludzi, którzy każde, nawet najbardziej banalne zdarzenie, potrafą opowiedzieć interesująco i dowcipnie, a Peter cenił tę zaletę swojej żony i umiał to okazać. Tym razem musiała użyć całego swojego talentu, by z mikroskopijnych strzępków, pozostałych z wydarzeń tego dnia, przesianych przez sito autocenzury, skonstruować zajmującą opowieść. Może po to, żeby zbyt dużo nie gadać, zaproponowała zaraz po kolacji spędzenie reszty wieczoru w altanie.

_______________________________

Alina Alinka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

~ by alijar on December 30, 2000.