Alina Alinka (2)
Michaela, kolegę z pracy Petera, Alina poznała już wczoraj. Spodobał jej się od razu. Był taki swój, jakby już znany od dawna. Podobnie jak Peter pracował od niedawna w firmie, lecz nie obarczony rodziną nie potrzebował się śpieszyć z poszukiwaniem porządnego mieszkania.
- Dlatego albo daję się zapraszać na obiad, albo jadam w restauracjach – wyjaśnił wczoraj Alinie, gdy, jak ze starym przyjacielem, spędzali wesoło czas, grając w karty i gawędząc niewymuszenie na przeróżne tematy.
Peter zatrzymał samochód przed restauracją.
- Michael już jest – powiedział wysiadając.
- Skąd wiesz? – spytała Alina próbując na próżno zajrzeć w okna wysokiego parteru.
Peter wskazał Audi, obok którego zaparkował.
- To Michaela – wyjaśnił.
- Podobny do naszego – stwierdziła Alina.
- Taki sam. I też roczniak. I wiesz co…?
Zanim dokończył, Alina dopowiedziała:
- Michael oszczędza na Jaguara. Jak ty.
- Skąd wiesz? Powiedział ci?
- Nie, nie powiedział. Ale to chyba jasne?
- Jasne? – zdziwił się Peter. Otworzył ciężkie drzwi i wpuścił Alinę do holu restauracji. Natychmiast w polu widzenia zmaterializował się kelner.
- Dobry wieczór – powitał ich. – Dwie osoby?
Michael siedział już przy stoliku i studiował kartę. Alina zauważyła zadowolona, że wybrał stolik, przy którym sama najchętniej siadywała. Podniósł się na ich widok. Zbliżyła się z uśmiechem, ciesząc się na miły wieczór. Podała mu rękę. Michael odsunął dla niej krzesło. Gdy potem opowiadała o tym Jutcie, zaznaczała, że aż do tej chwili czuła się doskonale. Przez cały dzień i w ogóle. Atak zaczął się w momencie, gdy zaczęła siadać. Najpierw przeszedł ją od stóp do głów dreszcz, nawet w jakiś sposób przyjemny. Wciągnęła głęboko powietrze i wtedy doznała nagłego zawrotu głowy. Wahnęła się na krześle.
- Co ci jest? – spytali obaj towarzysze tak zgodnym chórem, że nie mogłaby powiedzieć, w czyim głosie zabrzmiała nutka troski, a w czyim nutka zniecierpliwienia.
Nie była w stanie odpowiedzieć. Zamknęła oczy i oparła się łokciami o stół. Tak było lepiej. Byłoby zupełnie dobrze, gdyby najbliższe otoczenie nie było takie krzywe…
- Chcesz wrócić do domu? – spytał mąż.
- Nie wiem… – odpowiedziała. – Nie chcę wam popsuć wieczoru. Posiedzę tak trochę, może mi przejdzie.
Jest nas za dużo przy stoliku, pomyślała. Nie podnosiła wzroku, przeczuwała, że widok jej dwóch towarzyszy jeszcze bardziej ją rozkojarzy.
- Co ci jest? – usłyszała. Znów mówili j e d n o c z e ś n i e.
- To chyba z głodu. Cały dzień nic nie jadłam…
Powtórzyła to kilka minut później w samochodzie.
- Cały dzień nic nie jadłam…
- To trzeba było sobie coś przyrządzić – powiedział niecierpliwie. – Ja też bym czasem chętnie zjadł coś w domu. Co ty w ogóle robiłaś przez cały dzień?
- Planowałam ogród… – odpowiedziała i dodała z wymówką – przecież jadamy w domu.
- Ach tak? – spytał. – Tak uważasz?
Milczała. Nadal nie czuła się zbyt dobrze, chyba rzeczywiście osłabił ją głód. Zawroty głowy minęły wprawdzie, ale pozostało uczucie obcości w stosunku do otaczającego ją świata. Poza tym nie bardzo wiedziała, jak powinna zareagować na wybuch złego humoru Petera. Nie znała go od tej strony. Spróbowała usprawiedliwić go przypominając sobie, że dziś już dwa razy pozbawiła go obiadu. A Peter pracował przez cały dzień… Tym nie mniej mógłby być uprzejmiejszy, myślała rozżalona, przecież widzi, że jestem chora. Rozczuliła się niespodziewanie nad sobą i zirytowana poczuła, że zbiera jej się na płacz. Odwróciła twarz do okna, w nadziei, że jest dostatecznie ciemno, aby ukryć te głupi łzy.
Mąż jednak coś chyba zauważył, bo gdy przed domem guzdrała się z wysiadaniem, obszedł auto, otworzył drzwiczki i podał jej rękę. Podtrzymywał ją potem prowadząc po stopniach do wejścia. W holu pomógł jej zdjąć kurtkę, którą następnie powiesił na wieszaku. Zaprowadził wreszcie Alinę do łazienki i powiedział umęczonym tonem:
- Przebierz się, ja tymczasem zamówię pizzę. Jak będziesz gotowa, zejdź do kuchni. – Zrobił krótką przerwę, westchnął i dodał: – W razie czego zawołaj.
- A może usmażysz jajecznicę, zjemy razem w łóżku – zaproponowała. Chciała zrobić mu przyjemność, była pewna, że się ucieszy i dlatego niemal się przestraszyła, gdy w odpowiedzi wykrzyknął rozdrażniony:
- N i e !! Nie ugotowałaś nic, więc będzie pizza. Możesz zejść na dół, możesz zostać w łóżku, jak wolisz. Ale ja chcę mieć dziś święty spokój. I proszę cię, nie zacznij teraz chorować, żeby mnie do siebie przykuć!
Była za bardzo zdumiona, żeby protestować przeciwko tym niezasłużonym zarzutom. Przebrała się, jak jej poradził, ale nie zeszła już do kuchni. Wolała w sypialni poczekać, aż usłyszy samochód z pizzerii. Peter na pewno pożałuje wybuchu, gdy tylko coś zje, teraz nie miało sensu kłócić się dalej w ten bezsensowny sposób. Położyła się na kołdrze i przymknęła oczy.
*
Gdy je znów otworzyła, w sypialni panował różowawy półmrok. Słońce właśnie wschodziło. Zauważyła, że jest przykryta, Peter spał obok zwrócony w jej stronę. Wpatrywała się podejrzliwie w jego twarz starając się odgadnąć, czy humor już mu się poprawił. Znali się od lat, ale jeszcze nigdy Peter nie potraktował jej tak jak wczoraj. Jak małą dziewczynkę, która bardziej niż zwykle dała mu się we znaki. Nie chciała go budzić, ale gdy się poruszyła, sięgnął po jej dłoń.
- Już ci lepiej? – spytał – Nie obudziłem cię wczoraj, bo tak mocno spałaś.
- Czuję się już dobrze – powiedziała. – Ale ty też byłeś wczoraj jakiś n i e s w ó j – podkreśliła ostatnie słowo.
- No pewnie – przyznał z uśmiechem. – Martwiłem się o ciebie.
- Ach? – zdziwiła się. – Jeśli tak, to wolałabym, żebyś się mną na przyszłość nie przejmował.
- Nie podobało ci się? – popatrzył na nią oczami, które zdawały się być samą poczciwością i niewinnością. To był jej Peter. Takiego go znała.
- Przebaczam ci – pocałowała go w czoło, bo zrozumiała, że Peter żałuje wymówionych wczoraj niesprawiedliwych słów.
Odfajkowawszy w ten sposób jeden problem, powróciła do innego, który z braku czasu zarzuciła poprzedniego wieczoru. Chciała poszukać znów pokoiku z oknem. Miała wielką nadzieję nie znaleźć go wcale, albo przynajmniej nie znaleźć go pod północnym strychem. Niecierpliwie czekała, aż Peter wyjdzie wreszcie z domu, potrzebowała na tę wyprawę spokoju.
- No, nie powinieneś raczej już iść? – spytała mało delikatnie, gdy Peter nalał sobie trzecią filiżankę kawy.
- Chcesz się mnie pozbyć? Czekasz na kochanka? – rzucił pogodnie i sięgnął po cukierniczkę.
- Zaplanowałam na dziś całą masę zajęć i chciałabym wreszcie zacząć. Ugotuję ci porządny obiad, żebyś mi znowu nie narzekał.
- Przecież nie narzekam…
- Wczoraj, gdy wróciliśmy do domu… – zaczęła.
- Powiedziałem tylko, że jestem głodny, bo nic nie jadłem przez cały dzień. To przecież prawda. Nie narzekałem na c i e b i e.
Wzruszyła ramionami. Peter postanowił widocznie, wyprzeć się swojego brzydkiego zachowania. Wstydził się chyba. Słusznie. Powiedziała więc:
- No dobrze, nie narzekasz, ale wolę, żebyś już nie musiał głodować we własnym domu. Więc idź teraz. – Spróbowała wyjąć mu z ręki filiżankę.
Roześmiał się.
- Możesz już zacząć te swoje tajemnicze zajęcia, nie musisz tu ze mną siedzieć. A może boisz się, że wyniosę srebrne łyżeczki?
- No dobrze – zgodziła się – zostań sam i nie kradnij łyżeczek. – Trudno jej było powiedzieć Peterowi, że chce być świadkiem jego wyjścia. Nie mogła mu przecież wyjaśnić, dlaczego tak jej na tym zależało. Wtedy, przedwczoraj, nie przypilnowała go, przez co stało się tak, jakby wychodził dwa razy, a ona nie wiedziała teraz, co było snem, a co jawą.
Ubierając się w sypialni podbiegała co chwilę do okna, z którego miała widok na garaż. Przez niedomknięte drzwi widziała tył ciemnozielonego Audi. A jeżeli teraz znów śnię? zastanowiła się nagle. Po czym to poznać? Nie, to nie możliwe, głupia myśl; czuła przecież, że wszystko, co ją otaczało i co robiła było realne. Jak mogła wątpić? No tak, ale wtedy też wszystko zdawało się być realne. Tylko jej uczucia miały znamiona snu, ale to zrozumiała dopiero potem. Alina przypomniała sobie, że gdy była dzieckiem, dręczyły ją przez pewien czas nocne koszmary. Zauważyła wtedy, że tylko we śnie liczyła się poważnie z możliwością, że to, co przeżywała było snem. Nie, dziś nie śnię, zdecydowała. Ale przedwczoraj?
Samochód wyjechał wreszcie z garażu i po chwili znikł za murem, ale Alina nie odchodziła od okna. Oparta na parapecie dumała. Cała historia coraz mniej się jej podobała. Nawet najłagodniejszą wersję, tę z ubieraniem się w trakcie snu o łazienkowych zdarzeniach i o poszukiwaniu okna, możnaby nazwać conajmniej niepokojącą. Właśnie dlatego, że Alina ani wtedy, nie dostrzegała, ani teraz nie odczuwała różnicy pomiędzy tym, co działo się we śnie, a tym, co odbywało się na jawie. A co będzie, jeśli i dziś odnajdzie pokoik? Pod północnym strychem, za drzwiami z okienkiem w kształcie serca, ten sam? Jak wtedy pogodzić się z tym, że zbudziła się gdzieś w środku domu i wcale tego nie pamiętała?
No cóż, zdecydowała wreszcie energiczniej, nie ma co stać tu bezczynnie, teoretyzować i martwić się na zapas. Do dzieła! I wyruszyła w drogę.
*
Łatwość z jaką odnalazła północny strych mówiła sama za siebie: Alina szła już tą drogą i to całkiem niedawno. Zwały starych gratów, zauważony poprzednio, rzeźbiony w egzotyczne zwierzęta ornament na drzwiczkach chyba jakiejś szafki, wreszcie luka w podłodze i schodki… A na dole niedomknięte drzwi z okienkiem w kształcie serca. Alina przypomniała sobie, że zostawiła tę szparę, aby wpuścić do wnętrza trochę powietrza. Okno nie dawało się otworzyć. Na kurzu podłogi znalazła swoje własne ślady, a gdy wyjrzała przez okienko, oczom jej ukazał się znany już widok. Popatrzyła ponad drzewami, poza ogród i stwierdziła, że widać stąd ulicę wiodącą do pracy Petera. To okienko było po tej stronie domu jedynym usytuowanym tak wysoko. Alina pomyślała, że stojąc tu mogłaby najdłużej widzieć męża odjeżdżającego i najwcześniej dojrzeć go gdy wracał. Czyżby więc nie był to ani starodawny wychodek, ani azyl udręczonej matki, tylko punkt obserwacyjny stęsknionej żony? Spróbowała wyobrazić sobie, jak to jest, być taką stęsknioną żoną. Stanęła przy oknie, spojrzała w dal, westchnęła jak mogła żałośnie, i jęknęła: – Och, kiedy wreszcie przyjdziesz..!?
A może on jeszcze wcale nie poszedł? Może jest jeszcze w mieszkaniu? – wpadło jej nagle do głowy. Nie namyślając się, Alina wybiegła z izdebki, i niesiona na skrzydłach nadziei i tęsknoty popędziła do kuchni. Jeszcze raz przytulić się do niego… Otworzyła drzwi z rozmachem. Petera oczywiście nie było.
Dopiero teraz przypomniała sobie, jak czekała na odjazd Petera przy oknie sypialni, jak widziała go przecież odjeżdżającego. Po plecach przebiegł jej dreszcz. Źle ze mną…, pomyślała. Usiadła przy stole i lekko drżącą ręką nalała sobie kawy z termosu. Skrzywiła się. Nie powinna Peterowi pozwolić parzyć kawy! Ohydna lura. Dolała skondensowanego mleka, wysunęła szufladę stołu i sięgnęła po łyżeczkę. Nagle zamarła – w szufladzie nie było ani jednaj srebrnej łyżeczki, ani jednego srebrnego widelca, tylko stal, całe srebro znikło jak kamfora! Zajrzała do zlewu, a potem do zmywarki, nerwowo przeszukała każdą szafkę w kuchni i nawet kredens w jadalni. Po srebrze, prezencie ślubnym teściów, nie zostało ni śladu.
Nie musisz tu ze mną siedzieć. A może boisz się, że wyniosę srebrne łyżeczki, zabrzmiało jej w uszach, a oczami duszy ujrzała Petera, jak tuż przedtem rozsmarowywał dżem na grzance. Robił to s r e b r n y m nożem. Teraz jednak, przy jego nie sprzątniętym jeszcze nakryciu leżał stalowy nóż. Używany, oblepiony dżemem…
- Peter… – wyszeptała z niedowierzaniem – czy to miał być kawał?
A gdy podniosła do ust filiżankę, i łyknęła ohydnej lury, przypomniała sobie wyraźnie, że to ona sama przyrządzała dziś kawę, a nie Peter, jak wydawało jej się przed chwilą.
Tego już było za wiele. Coś się z nią działo, coś niedobrego. Huśtawka uczuć, napady przedziwnych nastrojów, luki w pamięci, halucynacje, albo somnambulizm; wszystko w przeciągu kilku dni. Idiotyczny kawał Petera dobił ją zupełnie. W co wierzyć, co dzieje się na prawdę? Nie potrafiła odróżnić rzeczywistości od… no właśnie od czego? Nie ma srebra obiektywnie? Czy raczej tylko Alina go nie widzi? A może śni teraz? Jak Peter mógł? No, dobrze, on nie wiedział, że ją przestraszy, nic mu przecież nie opowiadała, nie można się na niego gniewać. Alina czuła, jak zaczyna się trząść, nie potrafiłaby doczekać powrotu męża wieczorem.
W kuchni stał jeden z aparatów telefonicznych. Wyciągnęła dłoń po słuchawkę i w tej samej chwili zabrzmiał dźwięk dzwonka. Jej halo zabrzmiało jak wołanie o pomoc.
- Znów warujesz przy telefonie? – usłyszała głos męża.
- Nie warowałam przy telefonie – nie rozumiała, dlaczego poczuła się jak przyłapana na gorącym uczynku – tylko miałam właśnie do ciebie zadzwonić – wyjaśniła.
- To mniej więcej miałem na myśli. No, mniejsza z tym. Posłuchaj. Zapomniałem pewnej ważnej rzeczy. To taka zielona teczka. Ma białą nalepkę z napisem O.Klein/pertraktacje – powiedział, jakby nie interesowało go, dlaczego chciała się z nim skontaktować. – Prawdopodobnie leży pod lustrem w holu, ale może jest jeszcze na moim biurku, albo w kuchni, choć wątpię. W każdym razie musisz jej poszukać. Natychmiast. Posłałem naszego praktykanta, powinien zaraz u ciebie być. Dasz mu tę teczkę.
- Dam – zgodziła się. – Ale teraz posłuchaj. Odkryłam już, że wyniosłeś łyżeczki. Możesz się przyznać.
- Nie wiem o czym mówisz – powiedział obojętnie. – Znajdź, proszę tę teczkę i wyjrzyj oknem, czy Hansi nie przegapi naszego domu. To taki mało rozgarnięty chłopak z niebieskimi włosami, jedzie na rowerze. W razie czego go zawołaj.
- Poczekaj – zaczęła tracić cierpliwość – Wszystko załatwię, nie masz się czym przejmować. Tylko teraz przyznaj się do tych łyżeczek, to ważne!
- Do jakich łyżeczek, dziewczyno!? – zniecierpliwił się.
- Srebrnych. Schowałeś je…
- Słuchaj, Alino. Opowiesz mi wszystko, wieczorem. Dobrze?
- Nie! Teraz!
- Teraz muszę kończyć. Sekretarka dzwoni, że Klein już jest w budynku. Poszukaj tej teczki, to pilne!
- Ale Peter! – zaprotestowała, ale już było za późno. Mąż odłożył słuchawkę.
Alina rozejrzała się po kuchni, a potem zbiegła do holu. Już na schodach czuła, jak opuszcza ją niepokój, a za to ogarnia wściekłość. Co on sobie wyobrażał? Jeżeli to miała być zabawa, to oboje powinni się dobrze bawić, a nie tylko on. Peter udaje, że nic nie wie. No dobrze, zależy mu na tym, żeby ciągnąć grę do wieczora. Tylko dlaczego rozmawiał z nią tak, jakby go te srebra n a p r a w d ę nie interesowały? On powinien tylko u d a w a ć, że go nie interesują. Słuchanie jej domysłów i podejrzeń musi być dla niego zabawne. O to mu przecież chodziło. Więc dlaczego nie chciał słuchać?
Teczki nie było w holu pod lustrem, nie leżała na biurku, ani w łazience, ani w sypialni, Peter nie zgubił jej na schodkach ani nie wysunęła mu się spod pachy w garażu. Alina postanowiła, nie zadzwonić do niego, bo wreszcie zaczęła podejrzewać, że cała ta historia z teczką stanowiła jedynie wymyślony pretekst. W rzeczywistości Peter chciał tylko sprawdzić, czy zauważyła już brak sztućców. Nie warto też czekać na niebieskowłosego Hansi’ego. Nie przyjedzie.
Alina doszła do tych wniosków w drodze z garażu do domu. Słońce świeciło przyjemnie, pogoda była bezwietrzna, wiosenna. Zapragnęła posiedzieć trochę na starym tarasie, albo pogrzebać w ziemi, powdychać zapach ogrodu i zapomnieć o wszystkim, co gnębiło ją od paru dni. Srebra schował Peter, nie ma się czym przejmować. Pokoik z okienkiem nie był wyśniony, więc obudziła się już wcześniej. Czy to ważne? Właściwie nic się nie stało. Nie powinna szukać wspólnego mianownika dla tych kilku niemiłych zdarzeń, bo dopiero to sprawia, że stają się groźne i znaczące. Tak tu pięknie i tak nam tu dobrze…, pomyślała. To tylko się liczy.
*
Z południowej strony budynku znajdował się stary taras, a wychodziło się na niego z półokrągłej, mocno przeszklonej jadalni, jednej z kilku w tym domu. Alina i Peter nazwali ją pokojem śniadaniowym, ale dotychczas nie używali. Częściowo dlatego, że leżała za daleko od kuchni, ale głównie z powodu jej solidnego, lecz nudnego umeblowania. Podłogę pokrywała gruba i wzorzysta wykładzina dywanowa, a umeblowanie stanowiły dębowe meble w staroniemieckim stylu. Dostępu do okien broniły ciężkie, brokatowe story, gęste firanki, a za nimi sztywne rolety. Na krzesłach leżały gobelinowe poduszki, a na każdej poziomej powierzchni stały ozdobne cynowe naczynia. Panowała tu drobnomieszczańska, ciężka dostojność, której Alina nie wytrzymywała. Zaglądali tu rzadko, a i wtedy poważny majestat pokoju uderzał w nich z takim impetem, że co prędzej się wycofywali. Mimo to zdążyli odgadnąć, że prawdziwa twarz jadalni była inna, a obecny jej wygląd narzucono jej tylko jak maskę. Alina odkleiła kiedyś kawałek dywanu w kącie i znalazła pod nim posadzkę z drobnych, kolorowych płytek ceramicznych, nieomal mozaikę, a Peter odkrył, że wysokie kiedyś do sufitu okna skrócono o jedną czwartą przez osłonięcie ich gipsowymi płytami. Zapragnęli przywrócić jadalni dawny wygląd zimowego ogrodu. Właściciel domu chętnie podjął pomysł, przyznał, że sam nie miał pojęcia o tym, jaki skarb posiada, i obiecał przysłać wkrótce ekipę budowlaną.
Natomiast półokrągły, podobnie jak pokój, taras podobał się Alinie taki, jaki był i kategorycznie zaprotestowała przeciwko planom remontowym. Płyty łupanego piaskowca, z których ułożono podłogę i stopnie tworzyły może kiedyś jednolicie płaską powierzchnię, teraz jednak w jednych miejscach zapadały się lekko, w innych zaś wybrzuszały. Murek wokół tarasu, także z nieregularnych kamieni, rozsypywał się w sposób tak przypominający antyczne ruiny, że Alina uznała, iż był to stan zamierzony przez architekta, a nie wynik współdziałania czasu i sił natury. A natura skorzystała tylko skwapliwie z okazji. W szczelinach wysiały się drobne grubolistne roślinki, pająki pozakładały swe sieci, a Alina, która raz usłyszała tu cichutki chrobot, miała nadzieję zobaczyć kiedyś innych, atrakcyjniejszych mieszkańców suchych rumowisk.
Przysiadła na murku. Przymknęła oczy i przez chwilę upajała się zapachem budzącego się do życia ogrodu i ciszą podkreślaną tylko nawoływaniami sikorek i świergotem kopciuszka gdzieś ponad nią na dachu. Słońce omotywało ją w gorący, złocisty kokon, Alina doznawała poczucia cudownej jedności z naturą i zadowolenia z samego faktu istnienia.
Gdy otworzyła znów oczy, stwierdziła z zachwytem, że nie jest sama. O metr od niej, na kamieniach murku, trwała bez ruchu mała jaszczurka. Alina pomyślała, że zwierzątko podobnie jak ona, po raz pierwszy tej wiosny miało okazję wygrzewać się na słońcu.
Po pół godzinie jaszczurka sprawiała wrażenie coraz bardziej zadowolonej; nadal leżała na tym samym miejscu, od czasu do czasu rozprostowując z rozkoszą łapki. Alina natomiast doszła do wniosku, że jeśli natychmiast nie przeniesie się w bardziej cieniste miejsce, ugotuje się tu, jak jajko na twardo. Podniosła się, lecz natychmiast usiadła znowu, bo zrobiło jej się ciemno przed oczami. No cóż, po zimie nie jest się przyzwczajonym do długich kąpieli słonecznych. Dopiero po chwili odważyła się ostrożnie wstać. Zeszła ze schodków, a przesiany cień pod drzewami ogarnął ją rześkim chłodem. Powoli obeszła dom dookoła.
Niebieskowłosy Hansi zeskakiwał właśnie z roweru.
- Dzień dobry! – zawołał. – Mam coś dla pani! – Pomachał szarą kopertą.
Alina przyjęła kopertę.
- Hansi – powiedziała – bardzo mi przykro, ale nie udało mi się znaleźć tej teczki. Mój mąż musi poszukać w biurze.
Wlepił w nią spojrzenie równie niebieskich jak włosy oczu.
- Proszę powiedzieć mojemu mężowi, że tej teczki nie ma w domu. Szukałam wszędzie i nie znalazłam – powtórzyła.
- Ja już dziś nie zobaczę pana Randle. Nie ma go w biurze – oświadczył Hansi. – Pojechał do Hanoweru.
- Z Kleinem? – spytała.
- Dlaczego? – zdumiał się.
- No bo z Kleinem miał rozmawiać – wyjaśniła, przyznając w duchu Peterowi rację w ocenie poziomu umysłowego młodocianego praktykanta.
- Pan Michael Herpich rozmawia z Kleinem… – Hansi patrzył na Alinę podejrzliwie.
- No to proszę jemu powiedzieć o tej teczce. Że ja jej nie mam.
Hansi wzruszył ramionami.
- Jak mnie spyta to powiem – zgodził się.
Nie upierała się. Z jednej strony czuła ulgę, że Hansi nie obstawał przy znalezieniu nieszczęsnej teczki. Z drugiej zirytował ją ten kompletny brak zainteresowania powierzonym mu zadaniem.
– No to cześć! – Hansi wsiadł na rower i pomachał jej beztrosko.
- Cześć Hansi.
Odprowadziła gońca wzrokiem i dopiero gdy znikł za bramą, zaciekawiła ją koperta, którą jej przekazał. Na wierzchu charakterem pisma Petera wypisane było jej imię. W środku znalazła bilet do teatru i krótki liścik.
Alino,
Jadę właśnie służbowo do Hanoweru. Może uda mi się do ciebie zadzwonić, ale nie jestem pewny. Jak widzisz posyłam ci bilet na „Pułapkę na myszy”. Dostałem go od jednego z klientów. Sztukę wystawiają w auli Gimnazjum Braci Grimm w Hildesheimie. Mam nadzieję, że nie masz innych planów na dzisiejszy wieczór. Spotkamy się w teatrze.
Peter
A więc to tak, pomyślała. Cóż za skomplikowana intryga! Hansi został wysłany do niej, żeby jeszcze bardziej zamącić jej w głowie. Ciekawe, do czego to wszystko ma doprowadzić? Gdzie są srebrne łyżeczki? Nie spodziewała się po Peterze tak wymyślnych kawałów. Gdyby to jeszcze był pierwszy kwietnia, ale nie, Prima Aprilis był kilka dni temu, zaznaczył się w jej pamięci jedną tylko, mało oryginalną próbą ze strony Petera, wmówienia jej, że na spodniach ma plamę. Jeśli zaś o nią samą chodziło, nie lubiła nabierać ludzi nawet wtedy, gdy było to dozwolone. Na ogół więc dzień ten mijał im jak każdy inny. Co powoduje Peterem, że teraz, po niewczasie, tak bardzo przykładał się do tej mistyfikacji? Gdyby nie zdarzenia ostatnich dni, Alina przyjęłaby jego wysiłki z zachwytem i dreszczykiem emocji. Jeszcze kilka dni temu byłaby tylko zaciekawiona, a nie jak teraz zaniepokojona.
Czas spędzony na dworze odurzył Alinę i zmęczył. Zarzuciła pomysł pracowania dziś w ogrodzie. Zainspirowała ją odradzająca się po zimie natura i postanowiła zająć się własną osobą; zrobić coś, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że jak brzoza na wiosnę przyobleka się w nową szatę, poczuć się świeższą i młodszą. Postanowiła wykonać wszystkie znane sobie zabiegi kosmetyczne, i te najbardziej czasochłonne, i te stanowczo wymagające braku publiczności. Dziś Peter na pewno nie wróci znienacka. Był w Hanowerze, a potem spotkają się w Hildesheimie. Pamiętała, jak zaskoczył ją kiedyś, gdy miała na twarzy zieloną maseczkę, szyję owiniętą kompresem, a głowę najeżoną wałkami. Do tej pory robiło jej się głupio na wspomnienie jego typowo męskiej reakcji: szczerego zdumienia, dociekliwych i strasznie naiwnych pytań, a także dowcipnych, w jego mniemaniu, komentarzy.
Alina udała się wprost do łazienki. Pierwsza faza zabiegów upiększających wymagała pewnego wysiłku z jej strony, za to druga, gdy już rozmaite pachnące produkty rozwijały swoje działanie, stanowiła tylko niezmąconą niczym rozkosz. W tym stanie cudownego rozleniwienia nie nawiedzały Aliny żadne niepokojące myśli. Nie zapomniała wprawdzie o niedawnych przeżyciach, ale teraz dusza jej była pogodna, jakby cała trucizna została zrzucona wraz z przesuszonym naskórkiem, niepotrzebnym owłosieniem i obrzynkami za długich paznokci. Chodziła we śnie? No to co? Nie spadła w każdym razie z dachu. Lunatyk też człowiek, a nie coś w rodzaju wilkołaka. Miała przywidzenia? Może tak, a może nie. Jeśli tak, to już więcej nie będzie i po krzyku. Zresztą, co to za przywidzenie trwające jedną sekundę i ledwie zarejestrowane świadomie? Huśtawka nastrojów, zawroty głowy, atak dziwnej słabości? Zmęczenie wiosenne, jasna sprawa. Zresztą gdyby Peter, zamiast się złościć, zareagował opiekuńczo, przeszłaby nad atakiem szybko do porządku dziennego.
Alina postanowiła jeść więcej warzyw i nie zaniedbywać nocnego wypoczynku. Na myśl o jarzynach żołądek Aliny dał o sobie znać dyskretnym ssaniem, i przypomniał jej w ten sposób, że podczas gdy ona dbała o swą powierzchowność, czas mijał, a jego potrzeby pozostawały niezaspokojone.
- Już dobrze, już dobrze. Zaraz dam ci jeść – pocieszała zgłodniały narząd. – Ale nie za dużo – zastrzegła się po rzucie okiem na zegarek. – Najpóźniej za godzinę trzeba będzie wyruszyć w drogę, jeśli na siódmą mamy być w tym jakimś gimnazjum w Hildesheimie.
Pośpieszyła do kuchni. Pamiętała, że nie posprzątała jeszcze po śniadaniu, uważała jednak, że nieważne, jak wygląda stół, ponieważ wrócą pewnie gdzieś koło północy i nie będą już jedli. Z wczorajszej pizzy nie pozostało ani śladu. Zgłodniały Peter musiał zjeść obie! Alina wyjęła z lodówki jajka. Smażyła jajecznicę podśpiewując wesoło. Cieszyła się na teatr. Znała już oczywiście „Pułapkę na myszy”, ale tylko jako powieść, uważała jednak, że przedstawienie, które gra się w Londynie dzień w dzień od blisko pięćdziesięciu lat, należy już do klasyki i nie można go nie obejrzeć.
Dopiero gdy usiadła z patelnią przy stole i sięgnęła do szuflady po widelec, zauważyła, że zaginione srebra powróciły na swoje miejsce. Wszystkie. Nawet używany, oblepiony dżemem nóż przy nakryciu Petera…
A więc Peter wrócił do domu. Może wpadł przed wyjazdem do Hanoweru, a może załatwił swoje interesy tak szybko, że nie opłacało mu się czekać na nią w Hildesheimie. Zorientował się, że Alina jest unieruchomiona na leżance, oblepiona odżywczymi okładami i obłożona kompresami, może nawet drzemała, i zwęszył swoją szansę. Wiedział już, że Alina zauważyła brak sreber, bo sama mu to powiedziała. Teraz zadbał tylko o to, żeby sztućce odnalazły się w cudowny sposób. Miał dosyć czasu, zdążył zadbać o szczegóły i swój nóż upaprać dżemem. Potem oczywiście musiał znów odjechać. Alina coraz bardziej dziwiła się mężowi, że tyle pomysłowości i energii poświęcił na zrobienie zwykłego żartu. Dla pewności otworzyła drzwi i zawołała Petera. Nie było odpowiedzi, wyjrzała przez okno, w garażu stał tylko jej Smart. Alina była w domu sama.
No, dobrze, pomyślała, udał mu się kawał. Nie czuła już potrzeby wyjaśniania czegokolwiek.
*
Peter też jakby stracił zainteresowanie tematem. Spotkali się, jak było umówione, w auli Gimnazjum Braci Grimm w Hildesheimie. Alina miała kłopoty ze znalezieniem parkingu i o mały włos nie zdążyłaby na rozpoczęcie. Weszli do sali, gdy światła zaczęły już przygasać, i gdy tylko dotarli do swoich miejsc, kurtyna rozchyliła się; ujrzeli Molly Davis krzątającą się po hotelowym holu i na dwie godziny poddali się całkowicie, trącącemu nieco myszką, czarowi przedstawienia.
W chińskiej restauracji, do której zagnał ich głód po spektaklu, rozmawiali najpierw o obejrzanej sztuce, a potem o pisarstwie Agaty Christie. Przypominali sobie wyrafinowane, kameralne morderstwa, których tak mało we współczesnych kryminałach. Szczególnie te popełniane na członkach rodziny. Zawęzili temat do zbrodni małżeńskich. Porzucili Agatę Christie i wspominali filmy o mężczyznach udających kochających małżonków, a starających się w rzeczywistości rozkojarzyć żonę, wpędzić ją w chorobę psychiczną, aby jej zaplanowaną na później śmierć móc sprzedać policji jako samobójstwo.
_______________________________
