Alina Alinka (11)

Wieczorami, gdy Peter był w domu, Alina przyzwyczaiła się unikać ataków, czyli złączeń, jak je teraz nazywała. Miała niemal pewność, że życie Alinki toczyło się jednocześnie w tym samym mieszkaniu, lecz tak przesunięte w jakimś wymiarze, że rzadko tylko przecinało się z jej własnym życiem. To właśnie te przecięcia były chwilami, gdy jedno życie nakładało się na drugie. Noce spędzały do niedawna w tym samym łóżku, i to wtedy, w snach, Alina po raz pierwszy dowiedziała się o istnieniu Alinki. Podczas złączeń jej świadomość rozszerzała się o odłączoną kiedyś cząstkę i Alina czuła inaczej. Początkowo, w pierwszych atakach pozostawała głównie sobą, dopiero potem, w miarę jak zaczęła zdawać sobie sprawę z niezwykłości tego, co się działo, nieświadomie ograniczała swoje postrzeganie do zakresu dostępnego tylko tamtej. Ataki stawały się coraz bardziej niepokojące, pojawił się Michael, a raczej dopiero wtedy Alina zauważyła wreszcie, że czasami jej mężem bywał ktoś inny. Mieszkały w tym samym umeblowanym domu, więc sceneria z grubsza się zgadzała. O ile jednak Alinka pozostawiła wszystko jak było, Alina powolutku zmieniała swe otoczenie, przez co z biegiem czasu zaczęło się pojawiać coraz więcej różnic. Teraz, gdy już wiedziała o istnieniu równoległego życia, Alina podczas złączeń świadomie kierowała swoją uwagę na szczegóły otoczenia. Ku swemu zdumieniu odkryła dużo więcej różnic niż się spodziewała. Mieszkanie tamtej znajdowało się w stanie wiecznego nieuporządkowania, brakowało w nim osobistego piętna, jakie ona swemu własnemu mieszkaniu nadała przemieszczając trochę niektóre meble, usuwając to, co kłóciło się z jej gustem lub dodając tu i ówdzie osobiste drobiazgi. Tamci nie odnowili biblioteki, ani nie postarali się o remont pokoju śniadaniowego, nie zakryli też deskami niebezpiecznego baseniku. Alinka coraz więcej czasu spędzała w izdebce, coraz bardziej niezadowolona w małżeństwie, coraz mniej zdolna do jakiejkolwiek działalności. Alina znała teraz miejsca, gdzie mogła spotkać swoje drugie ja i wejść w jej życie, łatwiej więc przychodziło jej unikać tych spotkań świadomie. Przeniesienie się do innej sypialni okazało się mądrym posunięciem. Męczące sny skończyły się, niespodziewane złączenia, gdy Alina pozwalała sobie dłużej poleżeć w łóżku, także. Śniadania i inne posiłki zaczęli z Peterem jadać w pokoju śniadaniowym, kuchnię Alina zostawiła tamtej parze. Przygotowując jedzenie nie obawiała się nagłych ataków, gdyż trudno byłoby natknąć się na nie gotującą prawie Alinkę. Niestety ze słonecznego pawilonu w ogrodzie oba małżeństwa korzystały równie chętnie. Różnicę stanowił tylko brak wody z liliami w sadzawce u jednych, a piwo zamiast wina u drugich. Alina i na to znalazła lekarstwo. Z powodu ciasnoty altanki odpadało inne ustawienie leżanek, ale Alina zamieniła się z Peterem miejscami, tak aby obie żony nie mogły nałożyć się na siebie. Niestety nie potrafiła się w tych momentach odprężyć. Przez cały czas spędzany w altanie miała świadomość obecności t a m t e j, czuła się jak kawałek żelaza w pobliżu magnesu. Swoje rozszczepienie odbierała jako nienaturalne. Choć ataki przysparzały jej kłopotów, to jednak dawały jej także jakieś zadowolenie, zaspokojenie. Domyślała się, że Alinka odczuwała podobnie, a nawet, że pragnęła tych złączeń bardziej jeszcze niż ona. A jednak za każdym razem rozłączały się znowu, by prowadzić każda swoje życie.

Alina zrozumiała także, skąd brały się zawroty głowy. Miały one swoje wyjaśnienie w drobnych odchyleniach pozycji w jakich się obie znajdowały w chwili zlania się w jedną całość. Jedynie w dwóch wypadkach spowodowane zostały logiczną niezgodnością – podwójną obecnością Michaela. Zwykle, gdy w momencie złączenia Alina przebywała u boku męża, był to w jednym życiu Michael, a w drugim Peter. Alina stając się Alinką przestawała odbierać Petera, widziała już tylko Michaela. Jeśli spotkali się w jednym życiu we trójkę, a nie był to punkt przecięcia, nic się wtedy nie działo, Michael pozostawał kumplem. Raz jednak Peter przyprowadził swoją Alinę do tego samego stolika, do którego Michael prowadził swoją Alinkę. Ale przy tym stoliku siedział już prawdziwy Michael, i Alina w jakiś sposób musiała zdawać sobie z tego sprawę. To samo zdarzyło się przed drzwiami kuchni: znaleźli się tam Peter z Aliną, Michael z Alinką i prawdziwy Michael na dodatek.

Po kilku dniach, które minęły od ich ostatniej rozmowy na temat samopoczucia Aliny, Peter uspokoił się zupełnie. Odzyskał znowu swoją dawną Alinę. Spędzali wiele czasu razem i żadne ataki nie mąciły ich szczęścia. Nie dopytywał się o nic, szanując milczenie Aliny, a może raczej nie pragnąc wiedzieć zbyt wiele. Alina zachowywała się normalnie, więc starał się wierzyć, że wszystko jest w porządku.

Alina natomiast myślała czasami, że gdyby Peter wiedział, czemu zawdzięcza ten powierzchowny spokój, nie byłby taki szczęśliwy. W rzeczywistości po uszy tkwiła w chorobie. Właśnie dlatego mogła zachowywać się wobec niego normalnie, że znała już mechanizmy, że nie dziwiły jej już zjawiska, które normalni ludzie uznaliby za wielce podejrzane. Pogodziła się z faktem posiadania drugiego wcielenia, ale nie przeszła nad nim do porządku dziennego. Wciąż i wciąż zastanawiała się nad tym, jak i kiedy doszło do rozdwojenia i co było tego przyczyną. Gdy przebywała w domu sama, poddawała się atakom głównie po to, żeby poznać Alinkę. Choć początkowo najbardziej interesował ją sam mechanizm ataków, nakładanie się na siebie obrazów. Eksperymentowała starając się kierować swoją uwagę na elementy to jednego, to drugiego otoczenia.

Alinka wtapiała się w nią zupełnie. Według Aliny Alinka nie zdawała sobie sprawy z tego, co się działo, czuła tylko, że bywają chwile, gdy jest jej lepiej. Nieświadoma przyczyny pragnęła tych chwil, tęskniła do nich. Alina starała się czasem decydować o tym, co robiły w podczas złączenia. Ale Alinka nie poddawała się wszystkiemu. Ani razu nie pozwoliła oderwać się od okienka w izdebce, jeśli tam właśnie się spotkały. Poza tym wykazywała taką ociężałość i brak napędu, że Alina szybko zarzuciła próby wniesienia trochę więcej samodzielności i ruchu w życie tamtej. Coraz jaśniej rozumiała, że nie łączą się ze sobą rzeczywiście, że tylko bardzo dokładnie nakładają się na siebie. I chwilami kiełkowało w niej podejrzenie, że to właśnie Alinka, choć stanowiła tylko niewielką cząstkę ich wspólnej osobowości, wiedziała więcej o prawdziwej istocie ich podwójnego istnienia.

Alina pragnęła oczywiście dowiedzieć się jak dawno i przede wszystkim dlaczego nastąpiło rozdwojenie. Czy przeżyła kiedyś coś tak straszliwego, że aby pozbyć się ciężaru ponad siły, musiała wraz z nim odrzucić część samej siebie? Psychologowie uważają, że jest to główną przyczyną powstawania wielokrotnych osobowości. Dziecko, które nie widzi wyjścia z jakiejś traumatyzującej sytuacji wydziela ze swojej osobowości tę część, której te przeżycia dotyczą, aby nie świadomej tego reszcie umożliwić dalszy rozwój i w miarę normalne życie. Jest to oczywiście dość ryzykowny sposób, ale w braku pomocy z zewnątrz, jedyny. Alina była przekonana, że teraz posiadała silny charakter i zdrowe poczucie własnej wartości. Uważała, że bez względu na to, jaką tragedię przeżyła w przeszłości, obecnie dałaby sobie z nią radę. Teraz nie musiałaby stosować amputacji fragmentów własnej duszy.

Początkowo wydawało jej się jeszcze, że w prosty sposób dowie się całej prawdy. Wystarczyło przecież tylko zajrzeć w pamięć Alinki. Tymczasem dni mijały, a Alina nadal nie wiedziała prawie nic. Najpierw podejrzewała, że sporadyczne chwile ich zjednoczeń były zbyt krótkie, by dokonać przeglądu. Po pewnym czasie nauczyła się jednak panować nad tym, kiedy i na jak długo się połączą, i wtedy właśnie zaczęła się domyślać, że to Alinka nie dopuszczałała jej do swoich wspomnień.

Wszystko, czego Alinie udało się dowiedzieć pochodziło z przypadkowych myśli, jak ta, że Gerbrand był pierwszy. To od Gerbranda się zaczęło. Gdy próbowała poszperać głębiej, trafiała na mur nie do przebycia. Oczami wyobraźni widziała wtedy Alinkę zaciskającą jak mała uparta dziewczynka usta i oczy. Jakby chciała przede mną ukryć przyczynę naszego rozszczepienia, myślała Alina. Czyżby próbowała mnie nadal za wszelką cenę chronić? Niemądrze. Musi przecież czuć, że to ja jestem silniejsza i że czas wreszcie mnie przekazać ten ciężar. A może ma mi za złe, że odrzuciłam ją kiedyś, że pozostawiłam ją bezbronną z tym całym bagażem, a sama urządziłam sobie beztroskie życie? Nie pomogłaś mi wtedy, to i teraz zostaw mnie w spokoju! Czy tak? … Nie, nie tak… Alinka tęskniła, potrzebowała Aliny, o tym świadczyły sny.

*

Już od kilku dni Alina czekała na wizytę Jutty. Poprosiła przyjaciółkę, żeby przez cały tydzień była gotowa na jej wezwanie, bo potrzebuje jej pomocy w pewnym eksperymencie. Jutta na szczęście była swoją własną szefową, dzięki czemu mogła w miarę dowolnie dysponować czasem. Choroba Aliny niepokoiła ją nadal, w przeciwieństwie do Petera zdawała sobie sprawę z tego, że diagnoza Aumanna nie oznaczała jeszcze, że wszystko było i jest bagatelką. Dlatego zgodziła się chętnie na trochę uciążliwe trwanie w pogotowiu.

Wreszcie nadeszła ta chwila. Tego dnia rano Alina nie spotkała Alinki w izdebce pod strychem o zwykłej porze. Zaczęła szukać wszędzie, coraz bardziej zaniepokojona jej nieobecnością. Wiedziała już, że tamta prawie nie wychodziła z domu, najwyżej z Michaelem na zakupy w sobotę, lub wieczorem do restauracji. Czyżby poszła w ten deszcz do ogrodu? A może wybrała się do lekarza? Po raz pierwszy Alina uświadomiła sobie, że istniało niebezpieczeństwo utraty kontaktu z Alinką. Jeżeli tamta wyjedzie, może nawet wyprowadzi się z tego domu, to jak ją odnaleźć? Gdzie jej szukać? W coraz większym zdenerwowaniu przebiegała mieszkanie, schodami w górę, schodami w dół, zaglądała na strychy i w piwnice, lecz nigdzie nie poczuła znajomego przyciągania. Wreszcie zziajana i zgnębiona spróbowała wmówić samej sobie, że przecież nic się jeszcze nie stało, że Alinka wróci, jeśli nie natychmiast to za parę godzin, może jutro, lub za tydzień, ale w r ó c i!

Postanowiła upiec ciasto i zadzwonić do Jutty. Tylko przy Jucie czekanie na Alinkę nie będzie nieznośne. Weszła do kuchni. Wyjęła z szafy mąkę i cukier, i podeszła do stołu. Dopiero wtedy zauważyła, że potrzebne do pieczenia składniki już tam stały. Czyżby zaczęła piec ciasto dziś rano? Jak mogła zapomnieć? W tej samej chwili znany lekki zawrót głowy uświadomił jej przyczynę. To Alinka zabrała się za nietypowe dla siebie zajęcie.

- Kuchnia o tej porze dnia, to ostatnie miejsce, gdzie próbowałabym cię znaleźć – Alina roześmiała się z ulgą. Potem rozejrzała się. – Ale nabałaganiłaś – powiedziała niemal z podziwem – Nic dziwnego, że nie lubisz gotować, jeśli potem tak tu wygląda. Ale po co…? – Nie dokończyła zdania, bo w jednej chwili zrozumiała. Alinka chciała spotkać się ze swoją Juttą!

Wybiegła z kuchni i dopadła telefonu w bibliotece. Rzut oka na paskudną tapetę upewnił ją, że tu znajdowała się w swojej własnej rzeczywistości.

- Jutta! – zawołała – Przyjeżdżaj! To dziś!

- Co dziś?

- Opowiem ci na miejscu. Przyjeżdżaj!

Wróciła do kuchni. Szybciutko odmierzyła składniki i wymieszała ciasto. Robiła to sprawnie, nie zastanawiając się ani gdzie co znaleźć, ani nad kolejnością czynności. Niepotrzebne pojemniki odstawiała na miejsce, użyte natychmiast myła, wycierała, gdy nachlapała. Poruszając się po kuchni nakładała się czasem z tamtą i w tych chwilach miała okazję porównywać skuteczność działań jej i swoich. Robiło jej się żal nieporadnej, bałaganiarskiej Alinki, ale z drugiej strony pamiętała, że umiejętności gospodarskie nie były zawsze jej wrodzoną cechą, którą zabrała ze sobą odszczepiając od siebie tamtą. Alinka też mogłaby, gdyby chciała, nauczyć się gotować i sprzątać, ale widocznie nie miała ochoty…

Choć zaczęła pracę później niż Alinka, jednocześnie wsunęły ciasto do piekarnika.

- Posprzątaj swój bałagan sama – powiedziała Alina i wyszła, żeby w ogrodzie oczekiwać przyjazdu Jutty.

*

- Muszę ci coś powiedzieć, zanim wejdziemy do kuchni – Alina złapała przyjaciółkę za łokieć. – Nie masz się co śpieszyć, ciasto jeszcze nie jest gotowe. Wstawiłam je właśnie dopiero co do piekarnika. Upiekłabym je wcześniej, ale nie wiedziałam, że już dzisiaj przyjdziesz.

- Nie wiedziałaś? – zdziwiła się Jutta. – Przecież chyba od tygodnia to planowałaś!

- Tak, to prawda. Ale mimo to nie znałam dokładnego terminu. Obawiam się, że jeśli ci powiem całą prawdę, uznasz mnie za wariatkę i polecisz na skargę do Petera.

Jutta milczała, przyznając tym samym, że obawy Aliny nie były bezpodstawne.

- Czy jako przyjaciółka nie mogłabyś uwierzyć ślepo i bez zastrzeżeń we wszystko, co ci opowiem? – poprosiła Alina.

- Właściwie powinnam, ale powiem ci szczerze, że są pewne granice. Zasadniczo gotowa jestem we wszystko ci uwierzyć, ale możliwe, że będę żądała dowodów.

- No to nie uwierzysz… – powiedziała Alina zrezygnowanym tonem. – Nie potrafię wyobrazić sobie, w jaki sposób mogłabym zdobyć dowody na to…, że… Ach, trudno, powiem! Na to, że jestem podwójna! Jakaś część mnie odłączyła się nie wiem kiedy, ale już pewnie dość dawno, i żyłyśmy nic o sobie nie wiedząc, każda gdzie indziej i inaczej. Teraz spotkałyśmy się w tym domu. Ona tu mieszka ze swoim mężem i jeżeli robimy to samo w tym samym miejscu i w tym samym czasie, to nakładamy się na siebie. Czuję wtedy to, co ona czuje, widzę to, co ona widzi i mam ochotę robić to, co ona chce robić. Niestety Alinka, tak ją teraz nazywam, nie chce mi wyjawić, dlaczego się rozszczepiłyśmy, nie dopuszcza mnie do swojej pamięci, i właśnie do tego jesteś mi potrzebna.

- Do tego jestem ci potrzebna – powtórzyła głucho Jutta.

- No widzisz! – wybuchnęła Alina. – Mówiłam! Nie uwierzysz mi i myślisz, że teraz już kompletnie zwariowałam!

- Czy ja wiem…

- Wiesz, oczywiście! Teraz nawet boisz się mi to powiedzieć, bo z wariatami trzeba ostrożnie. Czy nie tak?

- No… w pewnym sensie, tak… – przyznała smutno Jutta.

- Dobrze! To znaczy wcale nie dobrze, ale muszę się z tym pogodzić. Możliwe, że gdybyś to ty mi taką historyjkę opowiedziała, też bym ci nie uwierzyła. Najważniejsze, żebyś mi pomogła. Nie bój się, nie oczekuję od ciebie nic poza twoją obecnością.

- Mówiłaś doktorowi Aumannowi o tym, że jesteś… hmm… podwójna?

Alina westchnęła i potrząsnęła smutno głową.

- Powiedziałaś to takim tonem, że mało brakuje, a sama przestanę w to wierzyć. P o d w ó j n a co za bzdura! Nie. Nie powiedziałam mu, bo gdy u niego byłam, myślałam, że mam halucynacje z powodu choroby psychicznej, guza mózgu, albo dlatego, że ktoś mnie truje. Nie opowiadałam mu swoich przywidzeń. Teraz wiem, że to nie były halucynacje…

- Czyli nie zgadzasz się z diagnozą Aumanna?

Alina machnęła niecierpliwie ręką. Diagnoza! Sama ją wymyśliła na użytek Petera i Jutty.

- Słuchaj Jutta. Wolałabym, żebyś mi uwierzyła, ale jeśli to dla ciebie niemożliwe, to trudno. Obiecaj mi jedno. Nie opowiadaj tego Peterowi, bo ja nie mam zamiaru się leczyć. Sama sobie dam z tym radę. Chyba, że zacznę być niebezpieczna dla otoczenia, wtedy możecie oddać mnie do szpitala.

Jutta wyglądała jak ktoś, kto oberwał po głowie, a teraz spodziewa się następnego uderzenia.

- No, dobrze… – obiecała niechętnie. – Powiedz mi teraz, co będziemy dzisiaj robiły.

- Będziemy siedziały w kuchni, piły kawę i jadły ciasto – Alina specjalnie najpierw wyliczyła czynności, co do których Jutta nie powinna mieć obiekcji.

- Jak zawsze? – spytała Jutta z niedowierzaniem.

- Jak zawsze – przyznała Alina.

- To po co było opowiadać mi przedtem te okropności? Mogłaś zachować je dla siebie! – rozgniewała się Jutta.

- Mogłam, rzeczywiście – zgodziła się Alina. – Tylko muszę cię uprzedzić, że będę miała atak, więc żebyś się nie dziwiła i cierpliwie czekała, aż się skończy.

- O Boże, Boże… – jęknęła Jutta.

- To może już lepiej nie opowiem ci, do czego mi ten atak potrzebny… – zatroskała się Alina.

- Powiedz. Niech już wszystko wiem.

- Dobrze. Więc to jest tak: Alinka też zaprosiła dziś swoją przyjaciółkę… Juttę… ciebie… – Alina zauważyła, że Jutta za wszelką cenę stara się zachować obojętny wyraz twarzy. – Ale nie martw się. Nie sądzę, że ty też jesteś rozdwojona. Ten cały jej świat nie jest prawdziwy. To wszystko jest tylko odbiciem naszego realnego świata, ale ona jest prawdziwa. Żyje w tamtym świecie i może dlatego jej nie widzimy… Nie wiem zresztą jak to funkcjonuje… Nie ważne. Ważne, że tamta Jutta zna swoją Alinę, tak jak ty mnie. Od niej chcę się dowiedzieć o przeszłości Alinki.

- Czy one obie też prowadzą w tej chwili taką samą rozmowę jak my? – wtrąciła Jutta ostrożnie, tonem jakim rozmawia się z wariatem.

- Na pewno nie. Nie wiem, co one teraz robią, ale tamta Jutta martwi się tylko depresjami Alinki. Zresztą Alinka nie wie o tym, że istniejemy podwójnie… – Alina urwała trafiona niespodziewaną myślą. Jutta odczekała cierpliwie. – Przyszło mi nagle do głowy… – podjęła wreszcie Alina i znów przerwała. – Zakładałam, że Alinka o niczym nie wie, ale może ona w przeciwieństwie do mnie od początku wiedziała…

- Możemy już wejść do kuchni? – spytała Jutta.

- One tam są – powstrzymała ją Alina, a widząc minę Jutty dodała szybko: – Nie, nie zobaczymy ich. Ja tylko nie chcę nałożyć się z Alinką zanim cię nie przygotuję. Musisz się zachowywać normalnie i pozwolić mi zostać w tym, co dla ciebie może wyglądać jak trans. Dobrze?

- Dobrze!- zgodziła się Jutta. – Zaczynajmy! – Nagle zatrzymała się. – Słuchaj! – powiedziała. – Mam pomysł, jak możesz mi udowodnić, że to, co mówisz jest obiektywną prawdą. Ta druga Jutta powinna wiedzieć to samo, co ja wiem, bo to przecież ja. Pomyślę sobie teraz jakieś słowo, ty ją spytaj i potem mi powiesz. Co ty na to?

- A wiesz! – ucieszyła się Alina. – Dobry pomysł! Tylko nie tak. Tamta Jutta nie ma pojęcia o tym, co ty teraz myślisz. Ale są rzeczy, które wiecie tylko wy obie. Coś z dalekiej przeszłości. Z twojego dzieciństwa. Nie znam na przykład nazwiska twojej nauczycielki z pierwszej klasy. Mogę się tego bez problemu dowiedzieć od tamtej.

- Dobrze, dowiedz się… – Jutta uśmiechnęła się jakoś szczególnie.

Alina otworzyła wreszcie drzwi kuchni i wpuściła Juttę do środka. Zasiadły przy stole, poważnie, jak do jakiegoś tajemnego rytuału, i Alina nalała kawę do filiżanek. Dolała sobie mleka z dzbanuszka, zamieszała i przekazała łyżeczkę przyjaciółce. Spojrzała w stronę kuchenki. Ciasto urosło wspaniale i już zaczęło się rumienić. Ledwie zauważalny zawrót głowy, Alina przymknęła oczy dostosowując się do pozycji Alinki i znów popatrzyła na ciasto. Teraz nie wyglądało już tak pięknie. Tylko jedna strona babki urosła, druga klapnęła, jakby ktoś za wcześnie zajrzał do piekarnika… Jutta przestała podzwaniać łyżeczką. Alina podniosła na nią wzrok – przyjaciółka oblizywała stalową łyżeczkę.

- Powiedz mi – zaczęła Alina bez wstępów – jak nazywała się twoja pierwsza nauczycielka?

- Moja pierwsza nauczycielka? – zastanowiła się Jutta – Czekaj… Wiesz, nie pamiętam…

- Jak mogłaś zapomnieć! – zdenerwowała się Alina – Takich rzeczy się nie zapomina!

- Postaram się przypomnieć. Po co ci to?

- Ach, tak tylko…

- To może wystarczy ci nazwisko mojego pierwszego nauczyciela? W pierwszej klasie miałam nauczyciela. Nazywał się pan Kuhbein i byliśmy strasznie dumni, bo to był jedyny mężczyzna w całej szkole.

- A-cha! – ucieszyła się Alina – więc to był mężczyzna!

- Masz jeszcze więcej pytań? – spytała Jutta.

- Mam. Wyobraź sobie, że mam. Po to cię dziś zaprosiłam. Pamiętasz, skarżyłam ci się ostatnio na Pe… na Michaela, że ma mnie dosyć.

- Powiedział to?

- Nie, jeszcze nie. I pomyślałam, że może tym razem uda mi się zapobiec katastrofie. Wiesz, co dwa lata…

Jutta wiedziała. Przytakiwała poważnie.

- Ależ ja nabałaganiłam! – zauważyła Alina niespodzianie. Rzeczywiście w kuchni panował chaos, na stole nie było prawie miejsca.

- To nic nowego – zbyła Jutta niecierpliwie. – Nie odbiegaj od tematu. Co chcesz zrobić w sprawie Michaela?

Alina przyjrzała się przyjaciółce. Tak, to była taka sama Jutta, jak ta, którą znała. Zrobiło jej się nagle żal, że między nią, a tą prawdziwą Juttą w ich własnym, rzeczywistym świecie coś się popsuło, ich stosunek przestał być szczery i naturalny. Westchnęła.

- Wiem, że jest we mnie coś, co uniemożliwia mi trwały związek z mężczyzną. Powiem ci szczerze, że chociaż oni wszyscy porzucają mnie z tych samych powodów, nie wiem, jak mogłabym to zmienić. Wydaje mi się, że ja nie zawsze byłam taka… – zaczęła ostrożnie. Chciała, żeby teraz Jutta zaczęła mówić, opowiadać coś, wyjaśniać, ale Jutta milczała. – Myślałam, że może ty opowiesz mi, jak to widzisz. Te nieszczęśliwe związki zaczęły się od Gerbranda, prawda? – wymówiła wreszcie to tajemnicze imię i wpatrzyła się z napięciem w Juttę.

- Chyba ty sama powinnaś najlepiej to wiedzieć. Zresztą ja nie znałam twoich mężczyzn przed Gerbrandem inaczej niż z twoich opowiadań.

A więc znałaś Gerbranda! Alina w ostatniej chwili powstrzymała się od okrzyku. Najchętniej zasypałaby Juttę pytaniami, ale w porę uświadomiła sobie, że każde z nich wydałoby się przyjaciółce conajmniej dziwne. Kiedy to było? Kto to był? Jak wyglądał? Czy mieszkałam z nim razem? Kto był przed Gerbrandem? Na szczęście już wcześniej zastanawiała się nad tym, jak przeprowadzić wywiad.

- Czy myślisz, że Gerbrand mnie jakoś zmienił?

- Trudno mi powiedzieć. Wiesz, że gdy się poznałyśmy, byłaś solo. Wydawało mi się, że nie bolałaś nad tym zbytnio. Nie sprawiałaś wrażenia kogoś, kto nie potrafi żyć sam. Teraz natomiast, w przerwach między jednym a drugim, przypominasz mi roślinę wyrwaną z korzeniami i rzuconą na ulicę. Wtedy ostatni związek rozpadł się jakieś dwa miesiące przed naszym poznaniem. Prawda? Myślę, że teraz nie doszłabyś do siebie w tak krótkim czasie. Więc może rzeczywiście zmieniłaś się od tej historii z Gerbrandem.

- No, dobrze. Rozumiem, że nie możesz porównać Gerbranda z tymi, których miałam przedtem. Powiedz mi jednak jak ty to widziałaś. Czy ja bardzo kochałam Gerbranda i potem innych? … Ilu ich jeszcze było? – udała, że liczy.

- Czterech. Michael jest czwarty, prawda? Tak, ty oszalałaś na punkcie Gerbranda. On też się w tobie zakochał jak wariat. Na początku byłaś rzeczywiście bardzo szczęśliwa. Nie wiem, czy potem łączyła was głęboka miłość, ja widziałam, jak wiesz, tylko początki, a na koniec byłam świadkiem twojej rozpaczy. Z innymi było podobnie: wielkie zakochanie, a dwa lata później dramatyczny finał. Oni najpierw tracili zupełnie głowę na twoim punkcie, a potem nie wytrzymywali, bo nie potrafiłaś przejść z fazy zakochania do normalnego życia. Tak ja to widzę… Skarżyłaś mi się zawsze, że oni oczekują od ciebie samodzielności i niezależności.

- Wróćmy do Gerbranda… – Alina zastanawiała się, jak zapytać Juttę, co miała na myśli mówiąc, że widziała tylko początki jej znajomości z Gerbrandem. Czyżby poróżniły się o coś? – Nie widywałyśmy się wtedy zbyt często, prawda?

- Nie często? – uśmiechnęła się Jutta – Tylko raz odwiedziłam was w Amsterdamie.

Alina zrobiła wielkie oczy. W Amsterdamie!! Dwa lata?! Alinko, ty znasz holenderski? Przełknęła ślinę, i spytała starając się nie wyglądać na zbyt zdumioną.

- Ciekawa jestem, co by było, gdyby się wtedy z Gerbrandem udało?

Jutta wzruszyła ramionami. – Mieszkałabyś do teraz w Amsterdamie. Nie wiem. Może rzeczywiście szkoda, żeście się rozstali. Lubiłam Gerbranda.

- Jak myślisz, czy i jego zadusiłam jak liana?

- Nie byłam przy tym, ale sądzę, że tak. Dlaczego na przykład nie chciałaś się uczyć holenderskiego? Dlaczego unikałaś jego przyjaciół?

Odpowiedziała bez namysłu:

- Czułam się taka zagubiona… Gdyby on dał mi więcej czasu… Gdyby wykazał więcej cierpliwości… – Jak cień we mgle zaczęło pojawiać się wspomnienie – Do życia w Niemczech też nie przyzwyczaiłam się z dnia na dzień.

- Tak, zgadzam się. Ale do Niemiec przyjechałaś studiować zupełnie sama. Początkowo nie znałaś języka, nie miałaś przyjaciół. W Holandii miałaś Gerbranda, rozmawialiście po niemiecku, powinno być ci o niebo łatwiej.

- Nie chciałam przeżywać tego jeszcze raz… Wolałam zrezygnować z miłości niż jeszcze raz asymilować się w obcym kraju…

Dlaczego to powiedziałam?

- Dużo czasu potrzebowałaś, żeby dojść do tego wniosku. Trzeba było zrezygnować z Gerbranda od razu, ledwo się zorientowałaś, że jest cudzoziemcem. Oszczędziłabyś sobie wiele.

- Ależ ja właśnie… – wtrąciła Alina, ale nie potrafiła dokończyć. Jakieś wspomnienie… Czyje wspomnienie? Moje, czy Alinki?

- Potem byłaś już inna. Nie potrafiłaś żyć sama. Przed Gerbrandem przez trzy lata nie miałaś stałego partnera i wcale nad tym nie bolałaś. Po Gerbrandzie nie mogłaś wytrzymać ani jednego dnia samotnie. Brałaś pierwszego z brzegu. Przecież Klaus był kompletnym idiotą i nadęty jak balon. Nie rozumiałam, jak mogłaś z nim wytrzymać, sama wstydziłaś się pokazywać go ludziom. Albo Axel, zimny egoista. Thomas był nawet całkiem do rzeczy, ale o dziesięć lat od ciebie młodszy. Ty chciałaś zakładać rodzinę, a on dopiero wyrwał się z domu na świat. Z Michaelem trafiłaś dobrze, ale jak widać też już się zaczyna psuć. Co myślisz o terapii? Gdybyś potrafiła być znów taka jak przed Gerbrandem, Michael byłby zachwycony. Szkoda, że po powrocie z Amsterdamu nie podjęłaś już studiów. Wtedy myślałam, że potrzebujesz spokoju, żeby ochłonąć po rozstaniu z Gerbrandem, ale teraz jestem zdania, że dobrze by ci zrobił dodatkowy wysiłek.

To ja jako Alinka nie skończyłam studiów! Ciekawe, czy ona ma w ogóle jakiś zawód? zastanawiała się Alina. Niestety nie mogła spytać o to Jutty. Odpowiedź przyszła z niespodziewanej strony. To właśnie Alinka na moment otworzyła drzwi do swoich wspomnień i przez tę krótką chwilę Alina wiedziała wszystko, ale drzwi zamknęły się natychmiast, zanim jeszcze zdążyła cokolwiek zapamiętać, i pozostała już tylko świadomość przegranej na wszystkich frontach.

*

Czas, żeby wrócić do siebie…

Jeszcze tylko ciasta musiały wyjąć z piekarnika jednocześnie, ale potem Alina poprosiła Juttę do pokoju śniadaniowego.

- Będziesz tu hodowała rośliny? – spytała Jutta rozglądając się po prawie pustym, przepełnionym światłem pomieszczeniu.

- Będę – odpowiedziała Alina. – Marzą mi się cytrusy i wanilia. Najpierw muszę się oczywiście obczytać w temacie. – Otworzyła drzwi na taras. – Na dworze jest jeszcze dość chłodno. Zostaniemy tutaj.

Usiadły przy bistrowym stoliku w głębi pokoju, skąd miały widok na całe pomieszczenie i na ogród ze świątynią Słońca.

– Spójrz, jak go mądrze usytuowali – wskazała Alina pawilon widoczny w obramowaniu otwartych drzwi. – Dodatkowa atrakcja. – Odczekała, aż Jutta przełknie pierwszy kęs gorącej babki. – Bardzo się nudziłaś? – spytała patrząc na zegarek. – To trwało chyba z kwadrans.

Jutta w długim głośnym wydechu wypuściła powietrze. – Nie nudziłam się – powiedziała. – Cały czas czekałam, aż zaczniesz robić te jakieś okropne rzeczy. Byłam potwornie napięta. A ty tylko wyglądałaś tak, jakbyś przysłuchiwała się czyjejś rozmowie. Wpatrywałaś się przy tym we mnie, ale tak, jakbyś mnie wcale nie widziała. Trudno to określić.

- Rozmawiałyśmy – oświadczyła Alina. – Pytałam cię o różne rzeczy.

- I co? Powiedziałam ci, jak się nazywała moja nauczycielka w pierwszej klasie? – spytała Jutta z podstępnym uśmieszkiem.

- Powiedziałaś – Alina uśmiechnęła się podobnie. – Twoją nauczycielką w pierwszej klasie… – zrobiła dramatyczną przerwę – był pan Kuhbein, mężczyzna!

- O! – Jucie opadła szczęka. – To prawda…

- Mówiłam, że to prawda. Nie jestem chora.

- Istnieje oczywiście możliwość, że kiedyś, dawno ci to powiedziałam. Ja, albo moja mama…

- Oczywiście – zgodziła się Alina – taka możliwość istnieje. Możesz teraz wierzyć w co ci się podoba. Albo w zjawisko niezgodne ze znaną nam nauką, albo w to, że twoja najlepsza przyjaciółka jest wariatką. Jak wolisz…

- Gdyby wymyślić lepszy eksperyment… – zastanowiła się Jutta. – Wiem! – ucieszyła się. – Powiedz jej, żeby narysowała chiński znak na drzewo i podpisała. Pokazywałam ci różne chińskie słowa, ale to było tak dawno, że chyba nie pamiętasz. A mojego podpisu nie potrafisz sfałszować, to wiem na pewno.

- Dobry pomysł, ale niewykonalny – Alina przyhamowała zapał przyjaciółki. – Nic stamtąd nie mogę zabrać. Próbowałam już. Mogłabym jedynie poprosić cię, żebyś mnie nauczyła tego drzewa. Ale wtedy znów mogłabyś podejrzewać, że w jakiś sposób zapamiętałam, gdy kilka lat temu pokazałaś mi ten znak.

- To prawda – przyznała Jutta. – Zawsze łatwiej uwierzyć w skomplikowany przypadek niż w nadprzyrodzone zjawisko. W naszym wypadku też tak jest, z tą różnicą, że ja bardzo chcę ci wierzyć, a tylko rozsądek się wzbrania. Niemniej twój dowód pomógł mi. Mogę myśleć jak mi w danej chwili wygodniej, czy przyjemniej, a na wszelki wypadek mam zawsze tę drugą możliwość.

Potrwały chwilę w pełnym zadowolenia milczeniu. Jutta pochłaniała parujące jeszcze ciasto. Alina przyglądając jej się myślała, że następnym razem powinna upiec więcej, żeby mieć wreszcie coś do zasuszenia dla siebie.

- No i co? – spytała wreszcie Jutta. – Udał ci się poza tym eksperyment?

- O, tak. Chętnie udzielałaś mi informacji. Oczywiście musiałam sprytnie zadawać pytania, żebyś nie dziwiła się mojej nieświadomości. Nie chcę, żeby i ta druga Jutta miała mnie za wariatkę. – Przerwała i zastanowiła się. – Może lepiej nie powinnam ci opowiadać. Obawiam się że to szczegóły sprawiają, że wątpisz o stanie mojego umysłu. Jak myślisz?

- Opowiedz. Jestem zwyczajnie ciekawa. Poza tym widzę, że rzeczywiście zachowujesz się normalnie, więc nawet jeżeli ta historia o rozdwojeniu jest chorobliwym wytworem twojego mózgu, to reszta jest zdrowa i może przyzwyczaję się do tego, zaakceptuję to jako jedną z twoich cech charakteru.

Alina zaczęła mówić. Początkowo powoli, ostrożnie, kontrolując wrażenie, jakie robiła na przyjaciółce. Ale Jutta nie wyglądała na nadmiernie zaniepokojoną. Słuchała z zainteresowaniem.

- Spytałam cię niedawno, czy znałaś Gerbranda. Pamiętasz? Zaprzeczyłaś. Ja też nie znam żadnego Gerbranda. Jego imię zaczęło pojawiać się w moich myślach w czasie trwania złączeń z moim drugim ja. To były krótkie przebłyski, ale mogłam się domyślić, że ów Gerbrand był kimś przełomowym w moim życiu. Przed chwilą dowiedziałam się od tamtej Jutty, że Gerbrand rzeczywiście był moją wielką miłością. Podejrzewałam, że to właśnie on mógł być przyczyną rozdwojenia. Takie rozdwojenia są ucieczką od nie kończącej się sytuacji bez wyjścia. Zakładałam, że nie mogąc znieść rozstania z Gerbrandem, wycięłam ten cały epizod z duszy, razem z mięsem, że tak powiem. Skazałam część siebie na trwanie w nieszczęściu, a sama, już nieświadoma, kontynuowałam normalne życie. Teraz jednak wiem, że rozszczepienie nie nastąpiło dopiero po Gerbrandzie. Gdyby tak było, musiałabyś o nim wiedzieć, bo z rozmowy z drugą Juttą wynika, że poznałyśmy się na trzy lata przed Gerbrandem. Gerbrand był, wyobraź sobie, Holendrem. Podobno oszalałam na jego punkcie, a on na moim. Ty też go lubiłaś. Rzuciłam studia i pojechałam z nim do Amsterdamu. Niestety zaczęłam mu tam ciążyć, nie chciałam się uczyć języka, nie chciałam poznawać jego przyjaciół… – Alina przerwała. Znów ten cień wspomnienia… Niewyraźny, ulotny… – Porzucił mnie. Wróciłam do Niemiec kompletnie załamana. Nie podjęłam już studiów, nic już nie robiłam od tego czasu poza rozpaczliwym rzucaniem się w jeden związek po drugim. Nie przebierałam zanadto, bo głównie chodziło mi o to, żeby nie być samotną, ale chyba ich – Mi… mój obecny mąż jest czwarty po Gerbrandzie – jakoś kochałam, bo zawsze było to samo: wielkie zakochanie, a potem okropna tragedia, gdy mnie porzucali. Uwieszałam się na tych mężczyznach jak dusząca liana i nie wytrzymywali. W tej chwili, gdy ci to opowiadam wydaje mi się tak proste zachowywać się inaczej. Nie tylko łatwe, ale wręcz normalniejsze niż to, co ona wyprawia. Problem w tym, że ona inaczej nie potrafi. Gdy zlewa się ze mną, mogę to zrozumieć, czuję to, co ona czuje. Tylko w przeciwieństwie do niej nie poddaję się ani rozpaczy, ani tej jakiejś przemożnej bezsilności i zaczynam się buntować, szukać wyjścia. Niestety, gdy zaczynam działać, ona nie daje się porwać i tak kończą się nasze spotkania.

- Czy nie masz nad nią żadnej władzy?

- Władzy? Nie myślałam o tym dotychczas. Nie, raczej nie. W drobiazgach mogę nią powodować, mogę chodzić po jej domu, grzebać w jej rzeczach, ale już ze sprzątaniem, czy z gotowaniem zaczyna być trudno, a gdy czeka na swojego męża przy okienku w tym małym pokoiku, jest zupełną niemożliwością wyciągnięcie jej stamtąd.

- I musisz wtedy stać tam i też czekać?

- Nie, oczywiście, że nie. Ja odchodzę, a ona zostaje. Mówię ci, my nie łączymy się naprawdę w jedną osobę. To staje się przypadkiem, a trwa tak długo, jak ja chcę.

- Albo jak ona chce?

- Nie… Albo raczej tak… Nie. To jest zupełnie inaczej. Żadna z nas nie musi ulegać woli tej drugiej. Jeżeli chcemy być razem, musimy godzić się na kompromisy, w przeciwnym razie rozchodzimy się. Ona lubi być ze mną chyba bardziej niż ja z nią. Myślę, że miło jej czasem czuć się jak normalny człowiek. Gdy nastąpił ten pierwszy podział, ona wzięła ze sobą tylko maleńką cząstkę naszej osobowości. Obawiam się, że stąd biorą się jej kłopoty. Jest w pewnym sensie kaleką, choć tego nie widać. Mnie też oczywiście czegoś brakuje, ale jak widzisz, można bez tego żyć.

- Brakuje ci tego, co ona zabrała? – zaciekawiła się Jutta. – Czego?

- Też nie od razu zgadłam. Alinka zabrała mi zdolność do zakochiwania się. Ona tym właściwie jest… Zauważ, że nie powiedziałam, zdolność kochania. To pozostało przy mnie.

- Myślałam, że taka już jesteś z natury.

- Nie jestem. Pamiętam, że jako dziewczynka i potem dość młoda kobieta, zakochiwałam się często, chętnie i z przyjemnością. A potem już nie i nawet nie pamiętałam, że istnieje takie uczucie. Przypomniałam sobie dopiero dzięki Alince.

- Pamiętam, że zakochałaś się w naszym profesorze od fizyki. Udawałaś tylko?

- W Niemannie? Dobrze, że mi przypomniałaś. Nie, nie udawałam, chociaż to oczywiście nie było nic poważnego, takie sobie zadurzenie. Ułatwiało mi tylko regularne chodzenie na wykłady.

- Więc wtedy byłaś jeszcze cała. Prawda? W takim razie powinnam była wiedzieć, kiedy się rozszczepiłaś. Nie przypominam sobie jednak żadnego koszmarnego zdarzenia w twoim życiu. Nawet, gdybyś coś przede mną ukrywała, musiałabym zauważyć, że przeżywasz jakąś tragedię.

- Ciągle łamię sobie głowę i wiesz, do jakich wniosków doszłam? Alinka w i e kiedy to się stało. To ma coś wspólnego z Gerbrandem. To nie ja ją z siebie wycięłam, to ona się odłączyła, a teraz jak małe dziecko boi się przyznać.

- Postąpiła niezgodnie z twoją wolą…

Wspomnienie. Tym razem bliżej. Podjęta decyzja. Coś burzyło się przeciwko wykonaniu. A potem… Co to było?

- Słuchaj, Jutta. Czy przypominasz sobie, żebym zastanawiała się kiedyś nad podjęciem jakiejś ważnej życiowej decyzji? Żebym wahała się, walczyła ze sobą?

- Oczywiście pamiętam. Chodziło o pracę w Instytucie Hodowli Zwierząt Doświadczalnych. Mówiłaś…

- To była jedyna praca, jaką mogłam dostać. Za sobą miałam długie bezrobocie. Istniało niebezpieczeństwo, że jeśli tej pracy nie przyjmę, zostanę bezrobotna na dalszych kilka lat. Bezrobocie jest straszne. To wyłączenie ze społeczeństwa. Propozycja wspólnych rozrywek – kto za mnie zapłaci? Zaproszenie na urodziny – za co kupić prezent? Odwiedzić przyjaciół – ale tylko jeśli mogę dojść tam na piechotę, albo dojechać na rowerze (jeżeli mam rower). Zaprosić przyjaciół do siebie – i nie dać im jeść? Pogadać z kimś przez telefon – ale tylko jeżeli to nie ja zapłacę za rozmowę. I tak dalej… Zdecydowałam się wreszcie podjąć tę pracę. Tłumaczyłam sobie, że jeśli jem mięso, to muszę się godzić na zabijanie zwierząt, więc tu, żeby żyć jak człowiek, godzę się na doświadczenia ze zwierzętami. – Zamilkła na chwilę. – Tak, to byłby powód, żeby się rozszczepić. Ale po pierwsze to Alinkę oddelegowałabym do instytutu, a sama wyobrażałabym sobie, że pracuję na przykład w ogrodzie botanicznym. Po drugie, na co by jej była wtedy zdolność do zakochiwania się? A po trzecie i najważniejsze, gdy zaczynałam pracę w instytucie, byłam już po studiach i z Peterem. Tymczasem Alinka przerwała studia, a o Peterze nic nie wie, ona w tym czasie miała swoich mężczyzn, o których dla odmiany ja nie mam pojęcia.

- Poczekaj – przerwała Jutta. – Mówiłaś, że tamta miała Gerbranda i jeszcze czterech innych i że rzucali ją po dwóch latach. Pięć razy dwa jest dziesięć. To musiało się stać conajmniej dziesięć lat temu. Chyba, że przerwy między jej partnerami były dłuższe.

- Nie sądzę żeby były – podjęła Alina – sądzę, że w sumie można dodać najwyżej rok. Jedenaście lat temu… to było… Tak! Wiem od tamtej Jutty, że znałam ciebie trzy lata, gdy na mojej drodze życia pojawił się Gerbrand… – przerwała.

- I co?

- Chwileczkę… Nic ci to nie przypomina? … To była jakaś myśl… uciekła…

- No więc jedenaście lat temu poznałaś Petera, o ile się nie mylę.

- Rzeczywiście. Masz rację.

- Zakochałaś się w nim?

- Nie…

- Musiałaś wybierać: on, czy ktoś inny?

- Nie… Też nie… – Alina czuła jednak, że krąży w pobliżu włażciwego tropu.

W tym miejscu jednak przyjaciółki musiały przerwać interesującą rozmowę. Peter zadzwonił, że dostał w pracy ciekawą propozycję, wobec czego wróci dziś wcześniej, żeby wszystko z Aliną omówić. Jutta więc zaczęła się zbierać.

- Wygląda na to, że udało mi się ciebie przekonać – powiedziała Alina przy pożegnaniu.

- Przekonać, że jesteś podwójna? Czy ja wiem? Że masz rozszczepioną osobowość, owszem. To bardziej dla mnie prawdopodobne z naukowego punktu widzenia. Z drugiej strony wolałabym, żebyś nie była chora psychicznie i właściwie rozmawia się z tobą całkiem normalnie. Może przestań mnie dusić o opowiedzenie się po tej czy innej stronie. Ja to sobie ustawię po swojemu.

- Może rozdzielisz się na dwie i jedna część będzie mi wierzyła, a drugiej, temu niedowiarkowi nic nie powiemy? – zaproponowała Alina ze śmiechem.

- Coś w tym rodzaju – zgodziła się Jutta pogodnie i przyjaciółki rozstały się.

_______________________________

Alina Alinka: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

~ by alijar on December 30, 2000.