Alina Alinka (10)
Dopiero w poniedziałek Alina mogła w spokoju zastanowić się nad sobą. W nocy z piątku na sobotę nie spali w domu. W sobotę częściowo odsypiali, a częściowo po prostu leniuchowali razem, ciesząc się swoją odratowaną przyjaźnią.
Alina podziwiała Petera za to, że pozwolił jej milczeć na temat ostatnich zdarzeń, że nie kazał jej ani bić się w piersi, ani chwalić go za wyrozumiałe postępowanie. Wiedziała, że kiedyś opowie mu wszystko, przyzna się do winy, i wyrazi podziw dla jego postawy, ale teraz było jeszcze za wcześnie. Peter nie mógł tego wiedzieć, ale może się domyślał: historia nie zakończyła się jeszcze.
Wieczorem odwiedził ich Michael i grali w karty w Wielkim Salonie. W niedzielę Alina wpadła na pomysł urządzenia nowej sypialni w Bocznej Wieży. Był to kwadratowy pokój, z oknami na trzy strony, nad którym znajdował się już tylko szpiczasty, czterospadowy dach. Wchodziło się tam przez południowy strych, krótszy od północnego o połowę i zupełnie pusty. W miejscu, gdzie z północnego strychu schodkami schodziło się do małej izdebki, były szersze trochę niż tamte schody w górę, zaś pod nimi wbudowano miniaturową łazienkę. W Bocznej Wieży poza jedną obszerną starą szafą z lustrem nic nie stało. Podłoga z szerokich dębowych desek i bielone ściany zachwyciły ich swoją bezpretensjonalnością. Nareszcie znaleźli powód, by przejrzeć graty w lamusie. Odpowiedniego łóżka nie znaleźli, choć było ich kilka, ale w żadnym z nich Peter nie mógłby leżeć inaczej niż zwinięty w kłębek. Położyli więc na podłodze swoje stare materace, które po przeprowadzce dostawili do graciarni. Jako nocne stoliki wybrali dwie prześliczne, choć nie do pary konsolki po stłuczonych tremach. Konsolce Aliny brakowało wprawdzie nóżek, ale za to kolumienki pomiędzy dolnym, a górnym blatem zdobiły prześliczne rzeźbione ptaki. Peter wybrał swój mebel ze względu na różnokolorowe, geometryczne intarsje na blacie. Krzesło Aliny było niskim rozkraczonym fotelikiem z tapicerką zjedzoną przez myszy, nastomiast krzesło Petera wysokim i surowym meblem przywodzącym na myśl gotyckie kościelne stalle. Noc z niedzieli na poniedziałek spędzili już w nowej sypialni i gdy zbudzili się rano, czuli się tak, jakby rozpoczęli nowy rozdział swojej historii. Niepokojące przejścia pozostawili nieodwołalnie za sobą. O tym w każdym razie przekonany był Peter, zaś Alina miała wielką nadzieję, że przyszłość przyzna mu rację.
W poniedziałek rano pocałowała wypachnionego i radego życiu męża na pożegnanie, a gdy wyszedł, udała się do łazienki. Ciągnęło ją wprawdzie do izdebki, chętnie popatrzyłaby za odjeżdżającym, ale powstrzymała się siłą woli. Tam, w tym małym dusznym pokoiku nawiedzały ją te przedziwne stany. Czy tak musiało być zawsze, nie była pewna, ale trafiło się to dostatecznie często, by teraz czuła obawę. Przez prawie cały weekend nie zdarzyło się nic niepokojącego. Instynktownie, niby przypadkiem, Alina i Peter unikali swych zwykłych miejsc i czynności. Alina podejrzewała, że właśnie dzięki temu nie miała ataków.
Wiele godzin spędzili poza domem, w sobotę wypoczywali to na balkonie, to na podwórku ze studnią, to w wielkim salonie – w miejscach, dotychczas nie używanych. Potem była Boczna Wieża i lamus. Raz tylko Alina przeżyła moment, w którym zdawało jej się, że zaraz zacznie się c o ś dziać. To było wtedy, gdy w sobotę odwiedził ich niespodziewanie Michael Herpich. Wracali właśnie z ogrodu, gdy zobaczyli jego samochód, zielone audi, skręcające z ulicy na podjazd. Przywitali się przed domem i razem weszli do mieszkania. Michael spytał:
- Idziemy do kuchni?
Alina z dłonią na klamce kuchennych drzwi, poczuła znany już leciutki zawrót głowy. Zamarła w bezruchu.
- Tak, do kuchni! Chodźmy do kuchni! – zawołało coś w jej duszy i jakaś niemoc i tęsknota obezwładniły ją zupełnie. Stała nie wypuszczając klamki, z czołem opartym o drewno drzwi.
- Co ci jest? – spytali jednocześnie jak wtedy, w restauracji, i jak wtedy Alina nie umiałaby powiedzieć, w czyim głosie zabrzmiał niepokój, a w czyim zniecierpliwienie.
Postąpić wbrew chęciom, wbrew potrzebie, to pomaga, przypomniała sobie. Oderwała się od drzwi i choć coś w niej jęknęło z rozpaczą, roześmiała się i powiedziała:
- Nic mi nie jest! Pomyślałam tylko, że powinniśmy pójść gdzie indziej i zastanawiałam się, dokąd. Chodźmy raczej do… – zawahała się – do Wielkiego Salonu!
Usłyszała, jak Peter odetchnął z ulgą.
- Idźcie już – powiedział. – Wezmę z lodówki piwo.
Alina z trudem powstrzymała triumfalny okrzyk. Udało się! Zapobiegła nadchodzącemu atakowi!
- A nie po wino? – rzuciła mężowi, i na jego przestraszone, pytające spojrzenie odpowiedziała wesołym mrugnięciem.
Grali w karty przy małym stoliku na środku rozległego parkietu. Nad nimi jarzył się światłem kryształowy pająk, liczne lustra powielały w nieskończoność ich grupkę. Spędzili wesoło kilka godzin i Alina upewniła się, że niebezpieczeństwo nie wychodziło od Michaela, choć jej ataki w jakiś sposób były z nim związane. W stosunku Michaela do niej nie wyczuwało się żadnego podtekstu, ani też ona nie musiała się opędzać dwuznacznym fantazjom na jego temat.
Od kiedy Alina rozmawiała z Juttą, nie znalazła czasu, żeby zastanowić się nad tym, jakie dalsze kroki powinna podjąć. Życie bez problemów, którego zakosztowała znowu po pogodzeniu się z Juttą i Peterem, podobało jej się o wiele bardziej. Gdyby wolno jej było decydować w tej sprawie, powróciłaby najchętniej do normalności, a resztę pozostawiłaby niewyjaśnioną. Niestety rozsądek mówił jej, że to niemożliwe, że zachowując daleko posuniętą ostrożność mogłaby jedynie unikać tego czegoś, co czaiło się na nią w zakamarkach domu, czy może w zakamarkach jej własnej duszy. Byłaby to wieczna zabawa w kotka i myszkę, wieczna ucieczka przed niezrozumiałym. Jedynym rozwiązaniem mogło być tylko stawienie czoła niebezpieczeństwu, zmuszenie się do konfrontacji. Przez dwa dni Alina odkładała poważniejsze rozmyślania na potem, na poniedziałek, gdy Peter pójdzie do pracy, lecz gdy rzeczywiście została w domu sama, rzuciła się w wir pracy. Wykonywała zwykłe zajęcia gospodarskie starając się uwierzyć, że były to zadania niecierpiące zwłoki. Przypomniała sobie nawet zniszczone obicie fotelika, zapakowała go więc do auta i pojechała do tapicera. Bądąc w miasteczku skorzystała z okazji i kupiła jasne, trzcinowe rolety do nowej sypialni. Spędziła w ten sposób kilka godzin nie pozwalając sobie na wytchnienie. Czuła się jak ktoś, kto zabłądził wśród bagien i teraz skacze z kępy na kępę, lecz wie, że żadna nie utrzyma dłużej jego ciężaru.
Wreszcie musiała zjeść coś i wypocząć. Wróciła do domu, usmażyła jajecznicę, wyłożyła ją na kromkę świeżego chleba z masłem i z talerzem w ręce podeszła do stołu. Lecz zamiast usiąść na swoim zwykłym miejscu, usiadła o krzesło dalej, a zdecydowała się na to tak nagle i dla siebie samej niespodziewanie, że nieomal straciła równowagę. Nie potrafiła powiedzieć, czy zachwiała się z powodu nieprzewidzianej zmiany decyzji, czy może znów zmysł równowagi przekazał jej niewłaściwą informację o pozycji ciała. Ten akrobatyczny manewr uświadomił jednak Alinie, że wręcz maniacko broniła się ostatnio, będąc w domu, przed rutynowymi zachowaniami. Gdy tylko zauważała, że znajduje się na znajomej ścieżce, natychmiast ją opuszczała. Zrozumiała, że podświadomie odkryła zależność pomiędzy uleganiem naturalnym odruchom, a atakami. Najniebezpieczniejsze zdawały się być miejsca, czy czynności, które Alinę szczególnie pociągały. Rzeczywiście skutek jej uników, czyli brak ataków w ciągu ostatnich dni, zdawał się potwierdzać istnienie takiego związku. Alina westchnęła zmartwiona. Zastanowiła się, czy przez resztę życia nie będzie wolno jej już nigdy ulegać wewnętrznym potrzebom? Czy rzeczywiście każda potrzeba była niebezpiecznym wstępem do halucynacji? Raczej nie… Spędzili z Peterem miłe dni, więc chyba nie robiła sobie wszystkiego na przekór.
A jak to było z tym prawie atakiem, wtedy, gdy odwiedził ich Michael? Z tym zawrotem głowy przy drzwiach kuchennych? Gdy weszli do mieszkania, nie zastanawiała się, dokąd szli, nie miała jeszcze żadnego sprecyzowanego celu. To Michael zaproponował kuchnię, akurat dochodzili do drzwi. Pamiętała dobrze uczucia, jakie się w niej wówczas rozszalały. To nie była tylko zgoda, zwykła chęć, wybór, jakich dziesiątki dokonuje każdy w przeciągu dnia. To było dzikie pragnienie. Tak chyba pragnie się wody na pustyni! Czy najpierw zapragnęła, a potem poczuła zawrót głowy, czy może było odwrotnie? Nie potrafiła powiedzieć. Pamiętała jednak, że nie odważyła się zmienić pozycji ciała, tak, aby uspokoić błędnik, bo bała się, że Peter zauważy ten ruch. On jednak zorientował się, że coś się z nią dzieje, bo spytał… Tak, spytał… Ale kto spytał? Peter, czy Michael? M ą ż pytał! Oba głosy identyfikowała jako mężowskie, a jednak potrafiła wysłuchać, że w jednym brzmiało zniecierpliwienie, a w drugim niepokój. Dopiero teraz, na rozum, skłonna była powiedzieć, że zaniepokojony był Peter, a zniecierpliwiony Michael. Michael, mąż Aliny, która wisiała na nim jak liana, a nie Michael ich kumpel. Wtedy w restauracji było podobnie. Z kim wracała do domu, z kim rozmawiała w samochodzie? Odnalazła obraz w pamięci. Tak, to był Michael! A jednak musiała jednocześnie przebywać z Peterem… To był jedyny atak, w czasie którego przez cały czas czuła się fizycznie niedobrze, jedyny, gdy zawrót głowy nie mijał. Zwykle trwał tylko kilka sekund… Chociaż… To co się działo pod drzwiami kuchni trudno po przemyśleniu nazwać tylko wstępem do ataku. To był atak. Jak długo? Minuta? Nie więcej. Ale przez całą minutę Alina miała wrażenie, że tkwi w otaczającym ją świecie k r z y w o…
Przełknęła ostatni kęs i zwalczyła w sobie chęć pozostawienia talerza na stole. T a m t a Alina zdawała się być osobą dość rozlazłą, Michael zarzucał jej przecież, że niczym się nie zajmuje, że zaniedbuje swoje obowiązki, więc Alinie wydało się teraz logiczne, że aby uniknąć przemienienia się w tę nieszczęsną kobietę przede wszystkim nie powinna ulegać lenistwu. Wkładając talerz i widelec do zmywarki, a następnie szorując patelnię, zastanowiła się, czy dalsze jej życie upływać będzie odtąd na pracy i odmawianiu sobie wszystkiego, na co ogarnie ją przemożna ochota. Brr…
Może właśnie ponura perspektywa ascetycznej przyszłości sprawiła, że Alina postanowiła za wszelką cenę poszukać jakiegoś innego wyjścia. Bo o co głównie chodziło? O to, żeby świat nie uznał jej za wariatkę, i żeby sama umiała odróżnić rzeczywistość od przywidzeń. Czy uda jej się zupełnie wyzdrowieć, trudno przewidzieć, ale kontrolowane ataki na pewno łatwiej jej będzie znieść niż życie pełne obaw i wyrzeczeń.
Zamiast bronić się i za wszelką cenę unikać ataków, powinna raczej zapoznać się z ich mechanizmem. Zrozumieć kiedy i jak powstają, obserwować siebie w ich trakcie z pełną świadomością tego, że w tych momentach istnieje jakby podwójnie. Sprawdzić, czy rzeczywiście zawsze zdolna jest wrócić do siebie przy pomocy wysiłku woli. Jeśli to wszystko się uda, Alina nauczy się może ukrywać swoją przypadłość przed Peterem i Juttą, przed tak zwanymi normalnymi ludźmi.
Postanowiła, że jeśli poczuje zbliżający się atak, a w pobliżu nie będzie nikogo, poddać mu się, pozwolić ogarnąć się tym innym uczuciom. Jednocześnie musi obserwować, o ile się da obiektywnie, cały przebieg.
Na popołudnie Alina zaplanowała pracę w ogrodzie. Realizację wspaniałych i pełnych fantazji projektów odłożyła na dalszą przyszłość. Nie mogła zajmować się na raz dwoma sprawami wymagającymi jej pełnej uwagi. Nawet napełnienie wodą baseniku, kupno i posadzenie w nim lilii wodnych uznała za zajęcie zbyt absorbujące umysł. Pozostawało jedynie koszenie trawników i pielenie grządek z bylinami. Ogród był tak rozległy, że gdy Alina dopracowała się do końca, mogła znów zaczynać od początku, gdzie chwasty stały już po kolana. Dzisiaj nie miała ochoty się schylać. Z szopy na narzędzia wyciągnęła kosiarkę, wyprowadziła ją na największy trawnik i spokojnym krokiem zaczęła go przemierzać pas po pasie. Maszynka terkotała cicho i Alina jak zawsze pomyślała zadowolona, że sąsiedzi powinni ją błogosławić za to, że woli kosić mechanicznie. Pewnie jednak nie zauważyli jeszcze jej braku w piątkowo-sobotnim koncercie solistów. Stękliwe zapuszczanie motoru i wreszcie triumfalne wycie – zapalił! A potem jednostajny choć nierównomierny warkot, który wiatr przewiewał z ogrodu do ogrodu wraz ze spalinami. I naraz cisza… Co za ulga! Lecz w tej samej chwili już w innym ogrodzie ktoś pociągał za linkę swojej maszyny. Zapali? Zgasł… Zapali? Zapalił!… Nie, znowu zgasł… Inni czekają niecierpliwie swojej kolejki. Sami soliści, nie znoszą chórów. No, zapalił wreszcie! Więcej gazu! Zwiększyć obroty! Taaak!! I znów pół godziny nieprzerwanej muzyki. Dawniej, jeszcze trzydzieści lat temu, symbolem posiadania, przy pomocy którego sygnalizowało się sąsiadom swą wartość, był samochód. Teraz, gdy szczególnie na prowincji nie sposób istnieć bez auta, ten symbol stracił swą wymowę. Zastąpiła go kosiarka. Im większa i głośniejsza, tym lepiej. Jej wielkość nie stoi w żadnej relacji do rozmiarów posiadłości. Przeciwnie, nawet właściciele trawników niewiele większych od sporego ręcznika kąpielowego koszą go spalinową kosiarką. Wygodniej i ciszej byłoby w tym wypadku elektryczną, ale honor nie pozwala. Elektryczna może być najwyżej kosa do wykańczania brzegów. Natomiast mechanicznej kosiarki zwyczajnie nie bierze się pod uwagę, bez względu na jej ogrodnicze zalety. Nie nadaje się a priori i już!
Alina to podchodziła do domu to się od niego oddalała, aromat ścinanej trawy napełniał jej nozdrza, a źdźbła tenisówki. Przystanęła, żeby je wytrząsnąć. Bezwiednie spojrzała w stronę domu i nagle coś przyciągnęło jej uwagę. Okienko maleńkiej izdebki. Dziwne, że przystanęła akurat tu, skąd było widoczne. Dwa kroki wcześniej, lub trzy później i nie zobaczyłaby go. Czyżby ktoś tam stał? Takie tylko ulotne przeczucie. Alina wiedziała, że jest za daleko, żeby rozpoznać cokolwiek za brudną, widzianą z ukosa szybą. Przypomniała sobie swoje sny i zapragnęła wiedzieć, kim jest ta tragiczna postać wyciągająca do niej ramiona w pełnym tęsknoty geście. Demonem pragnącym zawładnąć jej ciałem? A może nią samą? Opętanie, czy rozdwojenie jaźni, spytała Jutta…
Alina pozostawiła kosiarkę na trawniku i zdecydowanym krokiem ruszyła do domu.
Wołasz mnie, więc przyjdę, mamrotała do siebie. Połączę się z tobą, dopuszczę cię do świadomości, bo chcę wiedzieć, czy mam się ciebie bać…
Zdawała sobie sprawę z tego, że zdecydowała się na niebezpieczny może eksperyment. Pragnęła go jednak bardziej, niż potrafiłaby to uzasadnić przy pomocy logicznych argumentów. Postanowiła być ostrożna, choć nie wiedziała jeszcze, na czym ta ostrożność miałaby polegać, czy wystarczyło świadomie przeżywać atak.
W holu spojrzała na zegar. Zbliżała się piąta. Peter mógłby niedługo wrócić z pracy. Alina zatrzymała się przy sekretarzyku i na zielonej karteczce napisała:
Jestem w pokoiku pod północnym strychem.
Chciała jeszcze dodać Przyjdź do mnie, albo Zabierz mnie stamtąd, ale zrezygnowała, bo uznała, że brzmiałoby to jak wołanie o pomoc. Nie należało niepokoić Petera.
Zeszła po zakurzonych schodkach, powoli otworzyła pokoik, wsunęła się do środka i zamknęła za sobą drzwi z serduszkiem. Pozostała oparta o nie, czujna. O n a już tam była. Nie zauważyła jeszcze Aliny, z czołem opartym o szybę wpatrywała się w ulicę, skąd nadjechać miał mąż. Michael… Nie, Alina nie zobaczyła j e j zwyczajnie, oczami. Obecność t a m t e j zamanifestowała się przyciąganiem ze strony okna, które Alina odczuwała zarówno fizycznie jak i przeczuciem na płaszczyźnie duchowej.
Nie bała się. Była tylko bardzo ciekawa.
Powolnymi krokami zaczęła przysuwać się do okna. Chciała świadomie przeżyć chwilę zespolenia, a może zawładnięcia. Stanęła wreszcie dokładnie tam, gdzie stawała codziennie, żeby widokiem drogi, po której odjeżdżał Michael sycić swą tęsknotę za nim.
Michael..? Więc to się już stało, już nałożyłyśmy się na siebie… Jeszcze tylko inne ustawienie stóp, mały ruch głową, żeby wyostrzyć obraz, żeby uspokoić błędnik…
Spojrzała na zegarek i wzrok jej powędrował znów w dal, prześliznął się po ulicach, aż do skrzyżowania, aż do stacji benzynowej.
- Dlaczego nie wracasz… Dlaczego mówisz zawsze, że będziesz o piątej, a potem spóźniasz się tak bardzo… – szeptała rozżalona.
Wymawiając ostatnie słowa Alina poczuła narastający w sobie, mimo bolesnej tęsknoty, bunt. Jak zarysowana płyta, pomyślała z gniewem. Zajmij się czymś! Dajże temu Michaelowi wytchnąć! Odpowiedziała jej zdumiona cisza, a potem skądś, z najdalszego zakątka mózgu nieśmiałe pytanie: Czym?
- Czym? – odpowiedziała – Założę się, że nie ugotowałaś obiadu, więc choćby tym właśnie!
Tak, wiedziała rzeczywiście, że nie ugotowała obiadu, choć równolegle pamiętała także o smażonym mięsie z jarzynami po turecku, czekającym w piecyku mikrofalowym na odgrzanie.
- Chodź – powiedziała łagodnie – Pomogę ci gotować. – Postąpiła krok do tyłu. Ale tylko krok. Zacisnęła kurczowo dłonie. – Wiem, że jeszcze jest czas, ale nie mogę… nie chcę… – Czuła, że choć jest to sprzeczne z wolą Michaela i z jej własnym interesem, musi czekać tu aż dojrzy jego samochód. – Zostanę tu… – wyciągnęła rękę do okna / wyciągnęła rękę do drzwi.
Znów była sobą, sama. T a m t a, niewidoczna, stała przy oknie z czołem przyklejonym do szyby. Alina wiedziała to i czuła.
- Głupia – powiedziała z przekonaniem, ale w głosie jej zabrzmiała tkliwość. Otworzyła drzwi i opuściła duszną klitkę.
*
To byłam j a, myślała Alina ze zdumieniem, wracając do ogrodu. Ja, ja sama, nie jakiś demon z zewnątrz, tylko ja. Ale jakby mniejsza, słabsza, mniej ważna. Alinka… Ona tam, w pokoiku czekała na Michaela i… na mnie. Ja tam czekałam. A potem została tam, nie chciała ze mną pójść. Więc musi być jednak kimś odrębnym, ode mnie niezależnym.
Podjęła porzuconą nagle pracę, i znów przemierzała trawnik w tę i z powrotem. Od czasu do czasu spoglądała ku domowi i chociaż nie miała już widoku na okienko, wiedziała prawie na pewno, że o n a ciągle tam jeszcze stała. Kiedy ten Michael wreszcie wróci? zaczęła się denerwować, i uśmiechnęła się rozbawiona, że interesuje ją to pytanie. Co do Petera była spokojna. Wróci to dobrze, a jeśli nie wraca, to znaczy, że ma co innego do załatwienia. Ale t a m t a, Alinka, naprawdę cierpiała, gdy nie było w domu męża i choć Alina uważała, że o n a sama była sobie winna, żałowała jej. Dzięki atakom poznała we własnej duszy, w jak fatalnej sytuacji t a m t a się znajdowała.
W pewnej chwili Alina zrozumiała, że czekanie się skończyło, bo opuściła ją potrzeba spoglądania wciąż ku domowi. Wyobraziła sobie, że widzi pojawiający się na skrzyżowaniu przy stacji benzynowej znajomy samochód, śledzi go gdy coraz bardziej zbliża się ku domowi, aż wreszcie znika zasłonięty przez mur ich własnego ogrodu. Jeżeli wtedy Alinka opuści posterunek, to zdąży wybiec na podwórze akurat w chwili gdy Michael będzie wychodził z garażu.
Ciekawe, co by się stało, gdyby w tej samej chwili wrócił Peter i gdybym ja też wybiegła mu na spotkanie? pomyślała. Jakby w odpowiedzi usłyszała rzeczywiście chrzęst opon na żwirze podjazdu. Pobiec? Sprawdzić co się stanie? Alina zawahała się. Cała historia przestała ją niepokoić, za to zaczęła bardzo interesować. Nie bała się już ataków, przekonana, że potrafi nad nimi panować. Przeciwnie, pragnęła teraz eksperymentować, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o rządzących nimi mechanizmach, żeby zgłębić ich istotę. Teraz powstrzymała się jednak. To co dla niej samej stało się ciekawą przygodą, dla postronnych mogło wyglądać jak nasilająca się choroba. Nie powinna mieszać w to Petera, dopóki nie była całkowicie pewna, że potrafi grać obie role, swoją i Alinki, jednocześnie.
Zamiast więc pójść Peterowi na przeciw, Alina weszła do domu i skierowała się znów na północny strych. Była ciekawa, czy jej przeczucia były trafne. Jeżeli Alinka witała właśnie męża przed garażem, to nie powinno jej być jednocześnie w pokoiku. Rzeczywiście, pokoik nie sprawił na niej wrażenia napełnionego czająś obecnością. Alina podeszła jednak do okna, oparła czoło o szybę, spojrzała w dal i spróbowała wzbudzić w sobie poczucie osamotnienia, tęsknoty i żalu nad sobą, które ją tu w czasie ataków ogarniało. Powzdychała, pojęczała, ale bezskutecznie. Zamiast na daleką ulicę wolała patrzeć na ogród, zamiast myśleć o tym, czy mąż miał jej dosyć, wolała zgadywać, kiedy znów nadarzy się okazja spotkania swojego drugiego ja.
Nad sobą usłyszała kroki, a po chwili zaniepokojony głos Petera:
- Alino, gdzie jesteś? Na dole?
Dopiero teraz przypomniała sobie o pozostawionej na sekretarzyku kartce.
- Czy coś się stało? Dobrze się czujesz? – pytał Peter, gdy tylko spostrzegł Alinę wyłaniającą się z czeluści schodków. – Po co tam chodzisz?
- Uspokój się – powiedziała takim tonem, że Peter natychmiast odetchnął z ulgą. – Robiłam eksperymenty. Wiesz, że ataki nachodziły mnie w tej klitce. Chcę się nauczyć panować nad nimi. Próbuję je teraz sama wywołać. Raz się udało, i rzeczywiście cały czas trzymałam rękę na pulsie, a drugi raz nawet się nie zaczęło. Na wszelki wypadek zostawiłam ci tę kartkę. – Alina wolała nie wdawać się w szczegóły.
- Ty chyba igrasz z ogniem…
- Może… – odpowiedziała poważnie – Może to jest jedyny sposób, żeby z tym raz na zawsze skończyć.
*
Na razie Alina musiała zapanować nad pragnieniem natychmiastowego zajęcia się historią powstania Alinki. Bo przecież kiedyś jej nie było, a teraz jest, więc skąd się wzięła i dlaczego? Teraz jednak ważniejszy był Peter. Jego zaniepokojenie, gdy zastał Alinę w izdebce uświadomiło jej, że mąż zachował jeszcze wątpliwości dotyczące jej zdrowia. Nie gniewała się o to, rzeczywiście traktowała go przez wiele dni źle i niesprawiedliwie, mógł się obawiać nawrotu. Uspokoiła Petera, że czuje się zupełnie zdrowa i normalna. Zjedli kolację. Peter mlaskał, oblizywał się i rozpływał się w zachwytach nad umiejętnościami kulinarnymi Aliny. Ciekawe, co jedzą teraz tamci? zastanawiała się patrząc na niego Alina. Alinka nic przecież nie ugotowała…
Po kolacji Peter zapowiedział uroczystym tonem, że pokaże teraz Alinie, dlaczego się dzisiaj spóźnił.
- Nie spóźniłeś się wcale – zaprotestowała Alina.
- Obiecałem ci przyjść o piątej…
- Nic mi nie obiecywałeś! Powiedziałeś tylko, o której wrócisz. Przyszedłeś trochę później, nic się nie stało. Nie chcę, żebyś myślał, że siedzę tu sama i usycham z tęsknoty!
Spojrzał na nią trochę dziwnie.
- Możesz być pewna, że o nic takiego cię nie podejrzewam…
- Mówisz to takim tonem, jakby ci tego brakowało.
- Czasem… Trochę… – zgodził się. – To by było miłe.
- Nie wiesz, co mówisz. Tak ci się tylko wydaje – powiedziała z przekonaniem. – Gdybym za tobą bez przerwy tęskniła, oznaczałoby to, że bez ciebie nie byłabym zdolna do życia. Nie rób takiej rozanielonej miny, bo nie rozumiesz, jak to się objawia na codzień. Na początku byłbyś może zachwycony, ale po pewnym czasie miałbyś tego dosyć, błagałbyś mnie, żebym spróbowała stanąć na własnych nogach. W pracy prześladowałby cię obraz mnie siedzącej tu bez zajęcia, liczącej minuty do twojego powrotu. Czasem dzwoniłabym do ciebie. Co robisz? Kiedy wrócisz? Myślisz o mnie? – Peter nie sprawiał wrażenia przekonanego. Alina machnęła ręką z rezygnacją. – Ech, widzę, że i tak mi nie uwierzysz… Wróćmy lepiej do punktu wyjścia. Dlaczego przyszedłeś później niż zapowiedziałeś?
- Chodź, zobaczysz – poprowadził Alinę do garażu.
Otworzył bagażnik samochodu. Alina zajrzała zaciekawiona. Stało tam wielkie pudło.
- Lilie wodne! – wykrzyknęła na widok roślin w plastykowych pojemnikach.
- I nie tylko – Peter z dumą wskazywał na resztę zakupów: moczarkę kanadyjską, specjalną ziemię dla wodnych roślin, koszyczkowe doniczki, tkaninę z juty do ich wykładania, gruby żwir, kran z mosiądzu w kształcie żaby i wreszcie… Z dumą podniósł do góry foliowy worek, gdzie w niewielkiej ilości wody pływały dwie rybki, dwie śliczne orandy.
Peter był wzruszająco zadowolony z siebie. Alina postanowiła nie psuć mu przyjemności informacją, że ryby wpuszcza się do stawu dopiero po dwóch, trzech tygodniach od jego założenia, gdy ustali się w nim równowaga ekologiczna.
Nie ociągając się poszli natychmiast do świątyni Słońca i z zapałem zabrali się za realizację projektu. Uprzątnęli dno baseniku, Peter wymienił kran podczas gdy Alina przygotowywała obszerne pojemniki na rośliny. Wykładała je jutą, napełniała ziemią, sadziła lilie i zawijała znów tkaninę, żeby woda nie wypłukiwała ziemi. Tak przygotowane pojemniki ustawili na dnie basenu, obsypali żwirem i odkręcili kran. Woda lała się powoli do podstawionego wiadra, skąd łagodną falą rozlewała się po dnie. Usiedli na leżankach czekając aż basen się napełni. Peter przyniósł piwo.
- Jak myślisz? – spytał Peter – Jest już dosyć wody? Mogę wpuścić ryby?
- Lepiej dopiero jutro – powstrzymała go Alina – woda musi się najpierw ustać.
I znów milczeli wsłuchani w cichutki chlupot wody w wiadrze. To był pierwszy spokojny wieczór, który spędzali w pawilonie. Alina wierzyła teraz Peterowi, że leżanki kupił dopiero, gdy zażądała od niego, żeby je oddał. A wtedy, gdy ona miała atak, siedzieli na kocu. Trudno uwierzyć w to, że wszystko było tylko halucynacją. Leżanki, wino, rozmowa z mężem… z Michaelem oczywiście. Scena wydawała jej się tak realna!
Opętanie, czy rozdwojenie jaźni? To pytanie powracało ciągle, ale jak dotąd Alina nie znalazła kompletnej odpowiedzi. A może istniała trzecia możliwość? Trochę tego i trochę tego… Ta, którą w izdebce spotkała, nie była nikim obcym, była nią samą… Alina połączyła się z nią dobrowolnie, ani ona nie zawładnęła tamtą, ani tamta nią. Jeżeli nastąpiło pomieszanie uczuć, wspomnień, pomieszanie ich świadomości, to tylko dlatego, że były do siebie bliźniaczo podobne, bo każda identyfikowała drugą jako część samej siebie. Więc jednak rozdwojenie? Ale jak? Kiedy? Jeśli w atakach Alina łączyła się z jakąś częścią swojej osobowości, to w pozostałym czasie musiała egzystować podwójnie. Gdzie? We własnej głowie? Czyżby mózg jej stale i bez udziału świadomości wymyślał to jakieś równoległe życie? Ciekawe, kiedy i dlaczego się rozdwoiła? Ataki zaczęły się dopiero tu, w tym domu. Czyżby nie akceptowała zmiany trybu życia? Niby podobało jej się to nowe życie, twierdziła tak w rozmowach z Juttą i z Peterem, nawet sama w to wierzyła. Ale gdzieś w głębokich warstwach podświadomości drzemało pewnie przekonanie, że wolałaby pracować, być bardziej samodzielną, niezależną. Podświadomość znała różne sposoby zwrócenia uwagi na prawdziwe potrzeby duszy. Stworzenie drugiego, wirtualnego życia było sposobem oryginalnym, ale nie niemożliwym. Alinka sprawiała wrażenie niezbyt szczęśliwej. Tyle, że nie z powodu braku zajęcia, a raczej z powodu nadmiernej uczuciowej, nie materialnej zależności od partnera… Jakie więc nauki powinna Alina wynosić z tych wizji?
- Alino – usłyszała cichy głos Petera – źle się czujesz? Dlaczego nic nie mówisz?
- Bo myślałam – odpowiedziała niecierpliwie, ale zaraz dodała uspokajająco – Nie bój się, nie zawsze kiedy się zamyślam, jestem w transie. Ale ta sprawa nie przestaje zaprzątać mi głowy. Zastanawiam się ciągle, skąd się to wzięło.
- Mówiłaś, że doktor Aumann…
- Mam co innego na myśli – powiedziała, żeby podtrzymać kłamstwo o błogosławieństwie udzielonym przez autorytet. – Chodzi mi o to, dlaczego robię się wtedy właśnie taka, a nie inna.
- Robisz się zamknięta w sobie, podejrzliwa i ponura. A czasem agresywna i nerwowa.
Dopiero teraz Alina zrozumiała, jak mało Peter wiedział o tym, co się z nią działo. Rzeczywiście to, co on widział, tak można by opisać. Sama nigdy by na takie określenie nie wpadła. Smutna, zrozpaczona, to tak, ale nie ponura. Nerwowa, może, ale przecież nie agresywna! No tak, spoliczkowała Petera nieoczekiwanie dla niego, krzyczała, groziła mu, ale biedak nie wiedział, że robiła to wszystko nie w czasie ataków, tylko gdy już mijały, jako ona sama. Jak on mało wiedział… Opowiedzieć mu? Tyle tylko, żeby uspokoić go na dobre…
- To, co ciebie najbardziej niepokoi, akurat nie było chorobą – powiedziała. – Kilka razy pomieszał mi się trochę sen z rzeczywistością, a ponieważ jednocześnie poczułam się marnie fizycznie i nie umiałam sobie tego w żaden sposób wytłumaczyć, uznałam, że to ty maczałeś w tym palce, że mnie trułeś…
- Ja? Trułem? Ciebie? Przecież wiesz…
- Też się dziwiłam, że cię na to moralnie stać, bolało mnie, że z przyjaciela stałeś się wrogiem, ale wierz mi, że jak raz znajdzie się winnego, to nagle wszystko do siebie pasuje. Skrzywdziłam cię tym podejrzeniem. Teraz przepraszam i już nie będę.
- To po co chodzisz jeszcze do tego pokoiku? Fascynuje cię wyobrażanie sobie, że chcę ci zrobić krzywdę?
- Nic podobnego! Sprawa twojego uczestnictwa została już odfajkowana. Jesteś niewinny, wiem o tym i cieszę się z tego. W tym pokoiku uczę się panować nad własną świadomością. Mam wrażenie, że coś w swoim życiu przegapiłam, coś zpogrzebałam w niepamięci, odcięłam się od czegoś i teraz to coś domaga się uwagi. – Alina zamilkła nagle. Pamięć, wspomnienia. Będąc zespolona z Alinką przypominała sobie rzeczy, o których jako Alina nie miała pojęcia. – Czy wspominałam ci na przykład kiedyś o Gerbrandzie?
- O jakim Gerbrandzie?
- No właśnie. Kilka razy to imię pojawiło się w moich myślach, ale nigdy dostatecznie długo. Domyślam się tylko, że Gerbrand stanowi jakąś granicę. – Tak, to nie porzucenie pracy i przeprowadzka spowodowały rozdwojenie jaźni. – Przed Gerbrandem było inaczej niż po Gerbrandzie. To musiało być dawno, bo Jutta… – Alina chciała właśnie powiedzieć, że Jutta także wyparła się Gerbranda, gdy nowy pomysł pojawił się nagle jak błysk. – Spytam Juttę przy okazji… powiedziała powoli, a potem wskazała basenik – Popatrz, już pełny!
_______________________________
