Alina Alinka (1)
Alina niechętnie uniosła głowę znad pachnącego bukietu świeżo zerwanych narcyzów. Z trudem odrywała się od tego, co było wiosną, świeżością i nadzieją, gdyż przeczuwała, że to, co za chwilę zobaczy, każe jej zapomnieć o kwiatach. Nie myliła się. W wąskim oknie, tam w górze, ktoś stał. Mrok w pomieszczeniu, szyba zakurzona od wewnątrz, a od ogrodu pokryta zielonkawym nalotem utrudniały jej rozpoznanie postaci. Nie mogła podejść bliżej, stała nieco z boku, za cienistym gąszczem leszczyn. Widziała jedynie bladą plamę twarzy i zarys ramion. Jakimś innym zmysłem niż wzrok odgadła aurę smutku i zwątpienia, otaczającą tę osobę. Kto to? Serce wezbrało jej współczuciem i lękiem. Alina zachłysnęła się stłumionym krzykiem.
- Boli cię coś?
Rozwarła oczy i spojrzała w pochyloną nad nią twarz. Peter był już ubrany. Pachniał wodą po goleniu. Od kiedy pracował, używał wody po goleniu.
- Miałam dziwny sen – powiedziała. – Poleżę jeszcze, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Poleż – odpowiedział. – Ja jestem już po śniadaniu. Przyszedłem się pożegnać i powiedzieć, że może dziś przyprowadzę na kolację kolegę. Jest w naszym wieku.
- W porządku – pogłaskała go po policzku. No to cześć – powiedziała, bo nie odchodził, a Alina czuła, jak z jej pamięci ulatują strzępki sennego obrazu. Chciała się im świadomie przyjrzeć, zanim przepadną.
Pochylił się, żeby ją pocałować w usta, ale odwróciła głowę.
- Nie myłam jeszcze zębów – wyjaśniła, bo odgadła, że ten gest był mu przykry.
- Wiesz, że mi to nie przeszkadza – powiedział z wymówką.
- Ale mnie przeszkadza – odparła i dodała lekko rozdrażnionym tonem: – I chciałabym, żebyś to wreszcie zapamiętał. Nie lubię być całowana zaraz po obudzeniu!
Wstał i podszedł do drzwi.
- Nie bój się, pamiętam – powiedział gorzko. – Pamiętam, że ty w ogóle nie lubisz być całowana…
- Ach, daj spokój! – obruszyła się. – Nie mam teraz siły ani ochoty na poważne rozmowy! Obudziłeś mnie w samym środku snu i ciągle jeszcze jestem pod jego wrażeniem.
Powiedziała to siłą rozpędu, lecz mówiąc wiedziała już, że jej uwaga skierowała się w inną stronę. Nie chciała zranić Petera odmawiając mu pocałunku. Kochała go. Gniewało ją, gdy sam się ranił, jak teraz, niepotrzebnie.
Wyszedł. Zamknęła powieki i położyła obie dłonie na twarzy. Poczuła delikatny zapach wody po goleniu Petera. Ładny zapach. Wciągała go oddychając spokojnie i głęboko. Coś jej ten zapach przypominał, ale nie potrafiła odnaleźć w pamięci właściwej ścieżki. Coś miłego… Niewątpliwie. Była w kimś zakochana… Chyba… Ach, gdyby mogła zakochać się w Peterze… O ile łatwiej byłoby im żyć. Kochała go, owszem. Lubiła go też jako przyjaciela, ceniła jako człowieka, przepadała za nim jako za dobrym towarzyszem zabaw. Ale tej jednej komponenty, zakochania, nie potrafiła w sobie wzbudzić. Potarła dłonie o nos, by móc wciągnąć w nozdrza jeszcze więcej ulotnych cząsteczek perfum, by znów przez kilka sekund wiedzieć, czym jest ten stan. Przeturlała się na drugą połowę łóżka, zagrzebała się cała w kołdrę Petera i dopiero teraz, w mrocznej, gorącej duszności przesyconej jego zapachem zrozumiała, jak bardzo brakowało jej tego, bez czego całymi latami potrafiła się obchodzić. Och, gdybyż Peter wrócił teraz do sypialni! Rzeczywiście, jak mało liczą się drobiazgi, jakieś nieumyte zęby, gdy człowieka ogarnie i zniewoli to cudowne uczucie! Ile już czasu stracili, ile lat, podczas których, nie miłosna fantazja, lecz rutynowe pożądanie, było motorem ich łóżkowych przedsięwzięć.
- Peter! – zawołała, bo zdawało jej się, że usłyszała go w łazience. Wychyliła głowę z pościeli. Jak dobrze, że jeszcze nie poszedł. – Peter! Przyjdź do mnie! – Zdumiał ją dźwięk własnego głosu. Na t a k i e wołanie Peter rzuci wszystko i przybiegnie. Roześmiała się do siebie przewracając się na plecy i szeroko rozrzucając ramiona.
Myliła się jednak. Peter nie odpowiedział, choć dźwięki dochodzące zza drzwi świadczyły o tym, że jest jeszcze w łazience. Chyba nie mógł jej nie usłyszeć? A może nie chciał? Nie chciał, choć wołała go t a k i m głosem? Alina z trudem zwalczyła w sobie bezsensowną potrzebę ukrycia twarzy w poduszce i wybuchnięcia płaczem. Ufne pożądanie przeistoczyło się nagle w rozpaczliwy strach przed samotnością. Wyszła z łóżka słaniając się niemal z niezrozumiałego żalu i ruszyła w stronę łazienki, do niego. Tylko przypadkiem zarejestrowała brak w oknie małej firaneczki, którą sama zrobiła szydełkiem. Po co ją Peter zdjął? pomyślała mimochodem. Dotarła do drzwi i zawahała się. Uczucia, których doznawała przed chwilą, które wyciągnęły ją z łóżka i przywlokły tutaj, bladły z każdym krokiem, za to świadomość nieumytych zębów powracała na pocześniejsze miejsce, nie osiągnęła jednak tego znaczenia, co przedtem. Wszystkie elementy znajdowały się teraz w pewnej równowadze. Alina żałowała wprawdzie, że zbyt oschle odtrąciła Petera, ale jednocześnie cieszyło ją kiełkujące w jej sercu zakochanie. Natomiast brak odzewu z jego strony stracił na znaczeniu.
Otworzyła drzwi. Mąż stał przy umywalce w koszuli, bez marynarki i zaczynał właśnie myć zęby. Wsunęła mu się pod ramię i także sięgnęła po szczoteczkę. Obserwowali się na wzajem w lustrze, synchronizując bezwiednie ruchy aż w końcu osięgnęli taki sam efekt. Jednocześnie odłożyli szczoteczki i sięgneli po kubki. Spojrzeli na swoje odbicia, oboje z białą pianą na ustach i roześmieli się. Alina podniosła ku niemu głowę, a on cmoknął ją w oba policzki pozostawiając na nich białe plamy. Odpowiedziała pocałunkiem w podbródek, nie sięgała wyżej. Objął ustami jej nos. Poczuła jak czubeczkiem języka łaskocze jej nozdrza. Przytrzymała mu głowę i rozchylonymi wargami gładziła jego twarz podstawiając równocześnie policzki pod jego pocałunki.
- Ale teraz muszę już iść – powiedział wreszcie oswobadzając się delikatnie z jej ramion. – Inaczej spóźnię się okropnie.
Opłukał twarz i usta, i zostawił Alinę samą w łazience. Szarpnął nią żal, ale tylko przez małą chwilkę, bo nagle, bez żadnego, zdawałoby się związku, ujrzała w pamięci bladą, żałosną twarz ze swego snu. Nie, sen nie rozwiał się jeszcze, przeciwnie, nadal potrafiła przypomnieć sobie jego niesamowitą atmosferę. Uświadomiła sobie teraz, że okno, w którym dojrzała tajemniczą postać, rzeczywiście istniało. Znajdowało się po północnej stronie, widywała je od ogrodu, gdy jakieś zajęcie wymagało zapuszczenia się w mniej reprezentacyjne okolice budynku. Alina nie umiejscowiła go jeszcze wewnątrz domu, nie dopasowała do żadnego z pomieszczeń. Zbyt mało miała dotychczas czasu i zbyt wiele pracy, by podjęte w ogrodzie postanowienie poszukania go, dotrwało w pamięci do pierwszej wolnej chwili spędzonej w mieszkaniu. Za każdym jednak razem, gdy jej wzrok przypadkiem zatrzymywał się na tym wąskim, brudnym okienku, przystawała zafascynowana, choć nie tyle widokiem, ile raczej pewnym szczególnym wrażeniem, którego tu zaznawała.
Widziany z dołu i trochę z boku dom stawał się jakby wyższy, jakby starszy i, mimo zamieszkania, opuszczony. Nie dochodziło tu słońce, białe, drewniane ściany, poznaczone zielonawymi smugami, zdawały się osłaniać jakieś inne niż w rzeczywistości wnętrza. Alina czuła się trochę tak, jakby wdarła się tu nie proszona, aby podpatrywać czyjeś tajemnicze życie. Małe, zakurzone okno mogło należeć do dawno zapomnianego, od stu lat nie używanego, a może nawet zamurowanego pokoiku. Ktoś w nim przebywał, co do tego nie miała wątpliwości. Ale kto? Wyschła mumia nie kochanego członka rodziny? Nie potrzebnego nikomu, nudnego dziadka? Odwiedzali go tylko, gdy długo i uparcie stukał laską w podłogę. Gdy przestał, wyrzucili go z pamięci, a wraz z nim jego ciasny i ciemny pokoik. A może mieszka tam żywa nadal, lecz opętana, niebezpieczna babka? Oszukany przez lokatorów i obrabowany właściciel? Nie odważyli się go zamordować, ale wypuścić nie mogą… Ukarana za niewierność żona? Jakże posępne, a może nawet występne życie muszą wieść mieszkańcy domu noszący w sobie wiedzę o tym pokoiku!
Dopiero gdy czuła się całkowicie przesiąknięta tymi wyimaginowanymi historiami, Alina dopuszczała do świadomości wiedzę o tym, że nikt inny, jak ona sama mieszka tam, za tymi ścianami, że to nie czyjeś, lecz jej własne życie tam się toczy. Ta chwila, wywołująca zawsze dreszcz emocji, sprawiała jej jeszcze większą przyjemność niż poprzedzające ją domysły i stanowiła jakby ukoronowanie całego epizodu.
Sen, który miała ostatniej nocy, równie niesamowity jak dzienne fantazje na temat okienka, różnił się jednak od nich uczuciem, jakie w Alinie wywołał. Na jawie, choć starała się wzbudzić w sobie wiarę w obrazy, które proponowała jej wyobraźnia, zachowywała dystans i radość, podobne do wrażeń, jakich doznaje się w kinie oglądając dreszczowiec. Natomiast we śnie była widzem i aktorem jednocześnie. żal i litość ze snu, dotyczyły jej samej, jakby to ona stała za szybą, a nie jak zawsze, w ogrodzie.
Ubierając się, Alina postanowiła poszukać wreszcie tajemniczego pokoiku. Zastanawiała się, którędy mogłaby prowadzić do niego droga. Dom był tak rozległy, pełen zakamarków i nieoczekiwanych, wręcz nielogicznych rozwiązań architektonicznych, że choć mieszkali tu z Peterem już kilka tygodni, ciągle jeszcze gubili się w nim czasami. Nie przeszkadzało im to zupełnie, przeciwnie, za każdym razem uświadamiali sobie mile, że stać ich teraz na takie przestrzenie. Alina nawet umyślnie nie starała się uporządkować w wyobraźni rozkładu mieszkania, aby ten stan rzeczy przedłużyć. Systematyczne poszukiwania nie leżały w jej interesie. Zawierzyła więc teraz raczej intuicji, a nie inteligencji, gdy wyruszyła na wyprawę odkrywczą. Właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, by przez jeszcze jakiś czas zachować świadomość istnienia ukrytego gdzieś pokoiku.
Ponieważ główne skrzydło Alina znała już dość dobrze, wolała zacząć poszukiwania od jednego z bocznych. Do niedawna schodzili z Peterem do piwnic, by przejść z jednej części domu do innej, bo tylko tam znajdowała się sień, na którą wychodziły wszystkie klatki schodowe. Przed kilkoma dniami jednak, gdy odstawiała odkurzacz do komórki na szczotki, pomyliła piętra i zdumiała się, gdy otworzywszy wąskie drzwi na podeście głównych schodów, odkryła zamiast szafy przejście na inną klatkę schodową. Tą drogą Alina opuściła teraz główną bryłę budynku i znalazła się w bocznej, przesuniętej o ćwierć piętra w górę. Solidna drabinka wyrównywała poziomy, gdyż drzwi otwierały się o metr nad podłogą.
Ruszyła schodami w górę i na drugim piętrze otworzyła drzwi północnego strychu. Pomieszczenie to, pod samym dachem, nie było wysokie, za to bardzo rozległe. Całe pokolenia mieszkańców wynosiły tu niepotrzebne meble, połamane, z poszarpanymi obiciami, albo po prostu niemodne. Alina, od kiedy odkryła ten lamus, zbierała się, by go porządnie przetrząsnąć. Miała wielką nadzieję, że uda jej się tu odkryć sprzęty ciekawsze niż te, którymi umeblowano pokoje. Teraz jednak westchnęła tylko spojrzawszy na owe pokryte kurzem, interesujące zwały, i raz jeszcze pomyślała, że warto by było sporządzić wreszcie listę wszystkich spraw, którymi chciałaby się zająć. Porzucając pracę w instytucie zastanawiała się poważnie, czy gdy zostanie w domu, będzie miała co robić. Uśmiechnęła się do siebie rozbawiona, przypominając sobie te rozterki. Myślała wtedy, że ponieważ jest sprawną gospodynią, sprzątanie i gotowanie będzie załatwiać szybko, aż za szybko. Pozostanie jej mnóstwo wolnego czasu, który rozleniwi ją, skłoni do rozmyślania nad sensem i bezsensem życia. Alina obawiała się, że może stracić poczucie własnej wartości i popaść w depresję, jak niemal każdy bezrobotny. Nie chciała poddać się bez walki. Instytut hodujący zwierzęta doświadczalne nie był miejscem pracy, po którym warto by płakać. Finansowo mieli się z Peterem o niebo lepiej niż dotychczas, głupotą byłoby podejmować pierwszą z brzegu pracę wyłącznie w celu uniknięcia bezrobocia. A jednak Alina, przyzwyczajona przez lata do codziennego kieratu, bała się nagłej pustki. Zrobiła wszystko, aby jej zapobiec. Kupiła sobie program audiowizualny do nauki włoskiego, farby akrylowe i sztalugi do malowania, oraz całe kilogramy włóczek, kordonków i jedwabiu, a do tego odpowiednie podręczniki o szydełkowaniu i haftach wszelkiego rodzaju. Namówiła Juttę, by razem z nią zapisała się na kilka kursów, a na Peterze wymogła obietnicę, by co wieczór jeździli na rowerach. Po paru tygodniach stwierdziła z ulgą, że jej obawy były płonne. Roboty miała w bród. Już ta zwyczajna, codzienna praca w mieszkaniu kilkakrotnie większym od poprzedniego mogłaby wystarczyć, tymczasem stereotypowo umeblowane pokoje, jeśli miała je uznać za swoje gniazdko, dopraszały się poprawek, a ogromny ogród silnej i zdecydowanej ręki. Rowery stały coraz bardziej zakurzone w szopie, a Jutta z ulgą przyjęła wiadomość, że nad kursami trzeba się będzie jeszcze raz, przy okazji, zastanowić. Większość zakupionych utensyliów leżała nie rozpakowana w komodzie, i tylko dzięki trzydniowemu przeziębieniu udało się Alinie wyprodukować szydełkiem niewielką firaneczkę.
Ach, prawda, firaneczka… Alina przypomniała sobie nagle, że rano zauważyła jej brak w oknie sypialni. Ciekawe, co mogło się z nią stać. Nie mieli sprzątaczki, więc to Peter musiał ją zdjąć. Nie potrafiła wyobrazić go sobie przy tej czynności. Dlaczego to zrobił i dlaczego nic jej nie powiedział? Alinę ogarnęło zdumienie. To tak bardzo do niego nie pasowało! Peter patrzył na rzeczy ogólnie, nie dostrzegał szczegółów. Mógł zachwycić się pięknie urządzonym pokojem, ale gdyby spytać go o sprzęty, potrafiłby wymienić tylko najważniejsze meble, a i to bez opisywania ich wyglądu. Pamiętała, że czuła się trochę urażona, gdy musiała mu specjalnie zwrócić uwagę na firaneczkę, bo sam jej nie zauważył. A teraz ją zdjął. Co mu strzeliło do głowy, po co zabrał firankę? Zniszczył ją przypadkiem? Podarował w jakimś odruchu… ale komu? A może raziła go tak bardzo, że usunął ją cichcem i wyrzucił? Alina wiedziała z doświadczenia, że cokolwiek sobie wymyśli, nie wpadnie na właściwe wyjaśnienie. Przeciwnie, liczne rozwiązania, które przychodziły jej do głowy, żeby nie wiadomo jak logiczne, były z całą pewnością tymi, które na pewno nie wchodziły w rachubę. Stwierdziła to już wielokrotnie w życiu. Ta dziwna zasada jeszcze bardziej pobudzała jej wyobraźnię. Gdyby podu ręką miała telefon, zadzwoniłaby natychmiast do Petera do pracy i spytała go wprost. Ale na strychu nie założono telefonu.
Zresztą w tym samym momencie, gdy zaciekawienie sprawą firanki doszło do zenitu, Alina zawędrowała na sam koniec lamusa, gdzie niespodziewanie odkryła w podłodze schodki. Drewniane i zakurzone lekkim łukiem prowadziły w dół. Alina widziała je w mętnym świetle padającym przez okienko w kształcie serca umieszczone w górnej połowie drzwi, do których te stopnie wiodły. Zawahała się, czy iść dalej. Może powinna zadowolić się tajemniczymi schodkami, tajemniczymi drzwiami i świadomością istnienia za nimi tajemniczego pomieszczenia? Tajemniczości wystarczyłoby na kilka rozdziałów sensacyjnych marzeń. Niestety nieprzyjemnym dysonansem, niepokojącym Alinę w inny niż by chciała sposób, było okienko, a dokładnie jego kształt. Zdawał się on przesądzać o przeznaczeniu izdebki za drzwiami. Zapewne przedpotopowy, od dawna nie używany wychodek z ery przedkanalizacyjnej, pomyślała zawiedziona. W pierwszym odruchu cofnęła się, by zachować choć złudzenia romantyczności, lecz po chwili zrozumiała, że złudzenia znikły bez śladu. Gdyby teraz odeszła, w jej wyobraźni na zawsze już pozostałoby wyobrażenie drewnianej deski z okrągłym otworem w środku, i ciemnej czeluści pod nią, ze stalagmitem skamieniałych dziewiętnastowiecznych ekskrementów na dnie.
Stąpała powoli po ukrytych w mroku, zakurzonych stopniach. Jej dłoń strącała pył i pajęczyny z drewnianej poręczy. Pod palcami wyczuwała gładkie, wypolerowane częstym niegdyś używaniem drewno. Dotarła wreszcie do drzwi na dole i nacisnęła klamkę. Zamek nie stawiał oporu. To nie był wychodek, mimo niewielkich rozmiarów izdebki. Już po dwóch krokach Alina znalazła się przy oknie. Patrzyła teraz poprzez smugi zielonych glonów porastających zewnętrzną połać szyby w dół i widziała chaszcze suchych badyli i krzewów, na których nieśmiało zaczęły pojawiać się pierwsze zielone pąki. Nie wątpiła, że odnalazła wąskie okienko ze snu. Zasnuwały je od wewnątrz zakurzone pajęczyny, lecz pająki dawno już się stąd wyprowadziły. Rury centralnego ogrzewania, biegnące z dołu do góry w rogu pomieszczenia, roztaczały przyjemne ciepło i Alina pomyślała, że gdyby tylko usunąć brud, a potem przynieść wygodny fotel i jakiś stolik, możnaby było urządzić tu sobie milutki kącik odpoczynkowy. Rzecz jasna, dla niej nie miało to sensu w domu, gdzie w niezliczonej liczbie pokoi mieszkała sama z Peterem. Lecz gdyby się było na przykład matką dziesięciorga hałaśliwych dzieci… Nie mieli z Peterem dzieci, ale czasami rozmawiali niezobowiązująco o zaadoptowaniu jednej czy dwóch sierotek. Alina postanowiła zachować swój pomysł na przyszłość, tymczasem jednak zadała sobie pytanie, dlaczego postać ze snu wyglądała tak nieszczęśliwie. Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, ale bezwiednie sama zaczęła wykrzywiać twarz, by nadać jej zapamiętany ze snu wyraz. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że postać zza okna, postać niewątpliwie kobieca, do niej właśnie zwracała się w swojej udręce, u niej szukając ratunku. I znów, podobnie jak we śnie, ogarnęła ją litość i trwoga, a oba te uczucia w niezrozumiały sposób w jednakowym stopniu dotyczyły zarówno tajemniczej kobiety jak i jej samej.
*
Alina zrezygnowała z zamiaru zapytania Petera o firankę, przeciwnie, postanowiła nawet nic mu na ten temat nie wspominać. Stało się tak dlatego, że gdy powróciwszy z poszukiwań weszła do sypialni, aby pościelić łóżka, zastała tam firankę wiszącą jak zwykle w oknie. Ponieważ już przedtem wydawało jej się dziwne, aby Peter mógł zrobić coś tak niezgodnego ze swoim charakterem, skłonna była przyjąć, że sama uległa złudzeniu. A jednak, chociaż przedtem tylko przez krótki moment widziała puste okno, była pewna, że się nie myliła. Nie myliła się w każdym razie co do utrwalonego w mózgu obrazu. Ale co wywołało ten obraz? Rzeczywistość? Złudzenie optyczne? Halucynacja? Alina przypomniała sobie, że w momencie, gdy zauważyła brak firaneczki, nie panowała nad swoimi emocjami, które wciągnęły ją nieoczekiwanie jak lawina. Doznawała zarówno nowego, przyjemnego uczucia zakochania w mężu, jak i nie znanej także do tej chwili bezradności, spowodowanej zależnością od stosunku męża do niej. Był to stan duszy obezwładniający i rabujący jej samodzielność. Jakże nie pasowało to do jej normalnej niezależności i pogody ducha. Czyżby istniał związek pomiędzy tymi dwoma zjawiskami: brakiem, może nierzeczywistym, firaneczki, a tym niecodziennym stanem psychicznym? Gdyby używała narkotyków, gdyby już wcześniej nie czuła się dobrze psychicznie, gdyby przeżywała jakąś tragedię, czy inny kryzys… Ale Alina czuła się zdrowo i normalnie. Może więc lepiej byłoby uznać całe zdarzenie za niebyłe, lub przynajmniej nie posiadające większego znaczenia? Einmal ist keinmal[1], spróbowała się pocieszyć. By odwrócić uwagę od niepokojącej zagadki Alina zajęła się czym innym, porządkowała papiery w biurku: rachunki, listy, dokumenty i jednocześnie zabroniła sobie za dużo rozmyślać. Pomimo to wspomnienie o zniknięciu firanki, i towarzyszących temu zdarzeniu dziwnych emocjach, powracało do niej przez cały dzień.
Późnym popołudniem zaprzestała walki i zadzwoniła do Jutty.
- Słuchaj – powiedziała prawie bez wstępu – obawiam się, że zwariowałam. – Dopiero gdy wypowiedziała to słowo, zrozumiała, czym się najbardziej niepokoi. Wiedziała, że zwariowanie jest nienaukowym, a w dodatku zbyt drastycznym określeniem odchylenia psychicznego, które zaczęła u siebie podejrzewać. Same, nawet najbardziej gwałtowne wahania nastroju przyjęłaby spokojnie jako skutek niedospania, albo uboczny efekt zaburzeń w trawieniu. Ale halucynacje? Czy normalny człowiek może mieć halucynacje w tak naturalny sposób jak niestrawność po tłustym posiłku? – Miałam halucynację. I to taką prozaiczną. Ani mi przez myśl nie przeszło, że mam przywidzenie. W i d z i a ł a m tę firankę. To znaczy – poprawiła się – właśnie jej n i e widziałam. Nie zdawało mi się, że jej nie widzę. Jej tam nie było!
Jutta przejęła się problemem. Najpierw nie tyle halucynacją, co raczej przerażeniem, niemalże paniką dźwięczącą w głosie przyjaciółki i tym, że Alina, lubiąca na ogół wyjaśniać wszystko dokładnie, tym razem zaczęła od końca.
- Opowiedz mi najpierw, co się stało. Po kolei – poprosiła.
Alina opowiedziała. Prawie wszystko i prawie po kolei.
- Jesteś pewna, że to jednak nie Peter? – spytała w końcu Jutta.
- Zupełnie. Nawet, gdyby zdjął tę firankę dla jakichś niezrozumiałych powodów, nie miałby kiedy znowu jej zawiesić. Chyba, że wrócił z pracy specjalnie po to, w tajemnicy przede mną, wtedy gdy szukałam takiego jednego okna.
- Po co by mu to było?
Nie potrafiły odpowiedzieć na to pytanie. Pomilczały po obu stronach przewodu. Alina z nadzieją czekała na wnioski Jutty. Rzeczywiście Jutcie udało się znaleźć inny punkt widzenia. Przypomniała, że Peter zbudził Alinę z bardzo intensywnego snu, więc może Alina, nie całkiem obudzona, śniła jeszcze w jakiś sposób dalej. W jej śnie chodziło o okno, więc i o oknie, tyle, że innym, dla odmiany sypialnianym, dośniła w tej półjawie. Alina chętnie zaakceptowała tę wersję.
- Tak! Masz rację – ucieszyła się. – I te intensywne uczucia, które mną szarpały, też mi pasują do twojego wyjaśnienia. Tak jak to bywa we śnie, byłam wydana na ich pastwę bez żadnej ochrony! Przecież ja wcale nie jestem zakochana w Peterze, a tu wydawało mi się, że bez jego wzajemności nie potrafię żyć.
Następnego dnia Alina znów zadzwoniła do Jutty.
- Gratuluję! – powiedziała. – Miałaś rację ze swoją teorią snu. Okazało się nawet, wybadałam to, że nie było żadnej półjawy, tylko sam zwyczajny sen. Tyle, że bardzo realistyczny.
Jutta wydała pomruk wyrażający zadowolenie z siebie i zachętę do bliższych wyjaśnień.
- No więc to było tak – opowiedziała Alina – Peter zbudził mnie, żeby się pożegnać, bo właśnie wychodził do pracy. Był już zupełnie gotowy, ubrany, wypachniony. Powiedziałam mu, że zostaję w łóżku. Może chciał mnie pocałować, może nie, nieważne, bo i tak natychmiast zasnęłam. Cała reszta była wyśniona. Huśtawka uczuć, firanka, moje pójście do łazienki, ta papranina z pastą do zębów… Ach, nie opowiadałam ci o tym, bo jak się dobrze zastanowić, to było to dość obrzydliwe. Ale w tym śnie podobało nam się. Myliśmy zęby, a potem zaczęliśmy się całować. Nie wiem, czy rzeczywiście bym coś takiego zrobiła, no ale w tym śnie byłam zakochana w Peterze… W każdym razie to był sen, Petera już dawno nie było w domu. Wiem to teraz na pewno, bo zapytałam go wprost. Musisz wiedzieć, że po naszej wczorajszej rozmowie zaczęłam się zastanawiać nad tym, co było snem, a co jawą i te świntuszenia z pastą do zębów zaraz wydały mi się podejrzane. Spytałam oczywiście ostrożnie, nie chcę, żeby Peter się o mnie martwił, nie opowiedziałam mu o firance. Powiedziałam mniej więcej tak: Słuchaj, kochany, gdy mnie rano zbudziłeś chciałeś mnie pocałować i chyba nic z tego nie wyszło, prawda? Powiedziałam mu, że chyba zaraz zasnęłam, ale miałam potem dość realistyczne sny i teraz nie jestem pewna. Był trochę zdziwiony, ale powiedział, że nic erotycznego między nami się nie działo, a potem przyznał, że nie wie, czy zasnęłam, czy nie, bo był już w palcie i natychmiast wyszedł z domu.
Przyjaciółki rozmawiały jeszcze długo i beztrosko na przeróżne tematy i Alina mogłaby spokojnie o wszystkim zapomnieć, gdyby Jutta na zakończenie nie spytała:
- A tak nawiasem mówiąc, w której chwili ty się rzeczywiście obudziłaś?
Zanim Alina zdążyła coś odpowiedzieć, Jutta wrzasnęła, że przypala jej się gulasz, rzuciła słuchawkę, i zostawiła przyjaciółkę z nowym nie rozwiązanym problemam.
Rzeczywiście, jeżeli spała w łóżku, to tam też powinna się obudzić i stamtąd wstać do normalnego życia. Logiczne. Niestety jedyne obudzenie w łóżku, które pamiętała, w ogóle jedyne obudzenie tamtego dnia, było to, po którym poszła do Petera do łazienki, co, według teorii, Jutty działo się we śnie. Po odejściu Petera Alina nie wracała do sypialni, tak więc ubieranie się i poszukiwanie okna śniło jej się tylko. Z wyśnionej wyprawy przyszła, śniąc ciągle, do sypialni, ale nie żeby się położyć. Zresztą pierwszą rzeczą, która wpadła jej w oko zanim jeszcze podeszła do łóżek, była firaneczka wisząca na swoim miejscu. To dowodziło, że rzecz działa się już na jawie! Mimo najlepszych chęci Alina nie potrafiła odnaleźć momentu, w którym skończył się sen, a zaczęła rzeczywistość. Wydawało jej się jednak, że co do dwóch faktów może mieć pewność: orgia z pastą do zębów była wyśniona, widok firanki w oknie – prawdziwy. Decydująca chwila musiała leżeć gdzieś pomiędzy. Ale gdzie? Alina zaniepokoiła się. Czyżby ubierała się i chodziła po domu jak lunatyczka? Ciekawe, czy ta maleńka izdebka z widokiem na zarośla istniała naprawdę, czy nie?
A może było tak: Pożegnanie Petera nie wyrwało jej całkiem ze snu, Alina nie zauważyła, że znów zasnęła. Śniła o duchowych rozterkach, o myciu zębów, o ubieraniu się i o poszukiwaniu okna. Jednocześnie wstała z łóżka i ubierała się przez sen, bo jej ciało uwierzyło w obudzenie, ale jest, rzecz jasna, powolniejsze niż myśl. Dlatego też w chwili gdy uporała się z ubraniem, we śnie doszła już do momentu ponownego wejścia do sypialni w celu pościelenia łóżka. I tu dopiero obudziła się na prawdę. Ubrana. Petera oczywiście już nie było. Za to była firanka.
Z taką wersją, która ograniczała lunatykowanie do przejścia z sypialni do łazienki Alina mogłaby się od biedy pogodzić. Żeby ją udowodnić, trzeba by wyjaśnić sprawę pokoiku.
Ale Alinie milej by było zapomnieć o całej tej zwariowanej historii. Miała dziwne przeczucie, że jeśli zacznie się w niej grzebać, wygrzebie przysłowiowego trupa w piwnicy. Są sprawy, o których lepiej nie wiedzieć.
Nie wyruszyła na ponowną ekspedycję i zamiast tego spróbowała zająć myśli czymś zupełnie innym. Zasiadła do komputera i zainstalowała nowy program. Następnie zaczęła planować ogród. Najpierw ostrożnie i z wahaniem, potem z coraz większą fantazją i rozmachem. Uczyła się bawiąc. Rozmiary posesji, usytuowanie budynku i rozmieszczenie starych drzew określała z pamięci. Początkowo porządkowała tylko, poprawiała to, co już istniało, zapełniała luki. Dopiero powoli uświadamiała sobie, że nie pracuje w realnym ogrodzie, dzięki czemu wszystko co robi jest odwracalne, że wobec tego wolno jej popełniać błędy, i wypróbowywać najbardziej nawet fantazyjne rozwiązania. Praca pochłonęła ją tak bardzo, że przestała zdawać sobie sprawę z mijających godzin. Dopiero gdy Peter chrząknął za jej plecami, zerwała się spłoszona.
- Która godzina? – spytała półprzytomnie. – Nic dziś nie ugotowałam, nawet nie byłam na zakupach – przyznała się przestraszona. Pamiętała dobrze, do jakiej wściekłości doprowadzał ją czasem Peter nie wywiązując się sumiennie z obowiązków, które przypadały temu, kto nie chodził do pracy. Teraz role się odwróciły i Alina uważała, że Peter miał uzasadnione prawo spodziewać się po powrocie do domu obiadu stojącego na stole.
- Nic się nie stało – pocieszył ją rozbawiony. – I tak chciałem cię zabrać do restauracji. Umówiłem się dosyć luźno z Michaelem.
- Daj mi piętnaście minut – poprosiła. – Muszę się trochę oporządzić.
Wysiłek umysłowy przy planowaniu ogrodu i wirtualne spacery po nim sprawiły, że problem lunatykowania zszedł na dalszy plan. Perspektywa zjedzenia smacznej kolacji w miłym towarzystwie poprawiła Alinie humor. Przestała bać się hipotetycznego trupa w piwnicy. Przebierając się, rozmyślała o tym, że powinna właściwie sprawdzić, czy mały pokoik pod strychem istnieje naprawdę. Wiedziała jednak, że dziś już nie zdąży, Peter czekał na nią nie zdejmując nawet palta.
- Potworna jest ta tapeta – powiedziała odruchowo, wchodząc do pokoju, który nazwali biblioteką.
Peter spojrzał po ścianach.
- No, może rzeczywiście nie jest najpiękniejsza, ale dość mało jej widać pomiędzy regałami.
- Jest paskudna! – powtórzyła dobitnie. – Aż mnie skręca, gdy na nią patrzę.
- Sama ją wybierałaś – przypomniał.
- Nie wytykaj mi! Zresztą w sklepie mieli inne oświetlenie. Popatrz, jak ona błyszczy. Rzygać się chce!
Peter westchnął. Odpowiedział dopiero, gdy samochód wytoczył się z podjazdu na ulicę.
- W sobotę przykleję nową – obiecał.
- Tapetę? – zdumiała się Alina.
- Tapetę. W bibliotece – przyświadczył.
- A nie będzie ci żal? – spytała. – Sam tamtą przyklejałeś, pamiętasz jak się namęczyłeś z tym wzorkiem?
- Nie przejmuj się. To nie problem – odpowiedział dzielnie.
- Jesteś kochany – Alina podrapała męża czule po głowie. Po chwili powiedziała: – Wiesz, daj sobie spokój. Teraz, gdy wiem, że nie muszę patrzeć na tę tapetę przez całe życie, bo wystarczy jedno słowo, a ty natychmiast ją usuniesz, łatwiej mi ją znieść. Nie ma sensu dodawać sobie pracy, kiedy jest jeszcze tyle do zrobienia. I rzeczywiście mało jej widać pomiędzy regałami. Ponawieszamy obrazków… – Jeszcze raz podrapała go po głowie. – Kochany jesteś – powtórzyła.
- Znam cię i kocham – odpowiedział uśmiechając się z zadowoleniem.
